„Esencjalista” – esencja z książki

Dla kogo jest ta książka?

Ciągle brakuje ci czasu i przygniata cię nadmiar spraw do załatwienia? Kiedy trafia ci się godzinka tylko dla ciebie, tyle rzeczy woła o twoją uwagę, że masz ochotę wyć? Zbyt często zgadzasz się na prośby innych, a potem żałujesz? Koniecznie przeczytaj „Esencjalistę”!

Jeśli interesuje Cię produktywność, prędzej czy później trafisz, na tę książkę. Dla osób, które mają więcej pomysłów na minutę niż par majtek, a do tego naiwnie marzą o efektywności, to pozycja obowiązkowa. A biorąc pod uwagę czasy nadmiaru, w jakich przyszło nam żyć, powinien ją przeczytać właściwie każdy.

Przyznaję, że mnie „Esencjalista” uratował tyłek. Pomógł mi zrozumieć przyczyny mojego paraliżu w obliczu zbyt wielu możliwości i nauczył wybierać te najlepsze. Może zabrzmi to górnolotnie, ale ta książka zmieniła moje życie. Dlatego postanowiłam wziąć ją jako pierwszą na warsztat wyciskania esencji.

Wiem, że esencja z „Esencjalisty” brzmi jak słaby żart, ale to czysty przypadek. Choć, biorąc pod uwagę wpływ, jaki na mnie wywarł, może to wcale nie jest przypadek?

Kim jest autor i dlaczego masz mu wierzyć?

Greg Mc Keown to jeden z tych gości, który przeżył moment olśnienia i  zawrócił z oczywistej ścieżki. Porzucił studia prawnicze i perspektywę ciepłej posadki, żeby zostać pisarzem i nauczycielem.

Wydawać by się mogło, że facet wie, czego chce od życia i nie ogląda się na opinie innych, ale okazuje się, że ma też na koncie porażki. Na ten przykład zdarzyło mu się dokonać wyboru mocno niezgodnego ze jego priorytetami – pojechał na spotkanie z klientem, zamiast towarzyszyć żonie i nowo narodzonemu dziecku w szpitalu.

Zniesmaczony swoją decyzją, zaczął analizować, co skłania ludzi do zgadzania się na coś, czego tak naprawdę nie chcą. Wyniki swoich wieloletnich przemyśleń dotyczących wyborów zawarł w “Esencjaliście”.

Główna teza książki:

Rewolucja informacyjna i technologiczna wrzuciła nas w zupełnie nową rzeczywistość. Oferta w każdej właściwie dziedzinie – możliwości edukacji, kariery, spędzania wolnego czasu – poszerzyła się niebotycznie w ciągu ostatnich dwóch dekad. Dodatkowo stale zwiększa się presja społeczna. Media społecznościowe inspirują nas do nieustannego porównywania, wszechobecna reklama gra na naszych lękach, wmawiając nam, że nie będziemy szczęśliwi bez kolejnych nowych rzeczy i przeżyć.

Okazuje się, że jako gatunek zupełnie nie jesteśmy przygotowani na tak obfity bufet. W obliczu tych wszystkich niezmierzonych opcji do wyboru, dostępnych często na jedno kliknięcie, tracimy zdolność rozróżniania istotnych spraw od błahostek. W języku psychologii to zjawisko nazywa się decision fatigue (zmęczenie decyzjami). “Im większej liczby wyborów dokonujemy, tym bardziej cierpi na tym jakość podejmowanych decyzji”.

Żeby nie zostać w tyle, próbujemy robić wszystko. Jesteśmy coraz bardziej zajęci. Co ciekawe, jednocześnie spada nasza produktywność. Skutek jest taki, że pomimo morza możliwości, w niczym nie osiągamy większych rezultatów. Robimy mnóstwo rzeczy, ganiamy z wywieszonym jęzorem, ale nie widzimy postępów. Czujemy się zmęczeni i niespełnieni.

Remedium autora jest proste: powinniśmy robić mniej, ale lepiej. Wówczas zamiast milimetrowych postępów w wielu kierunkach, zobaczymy piękny długi wektor postępu skierowany w tę najważniejszą dla nas stronę. Taaa, jasne. Tylko jak wybrać to, czym się zająć? Mc Keown i na to ma odpowiedź: należy robić tylko nieliczne właściwe rzeczy, a całą resztę odrzucić.

O tym, jak wybrać te właściwe rzeczy i jak się bronić przed atakami przypuszczanymi przez pozostałe, jest ta książka.

Skąd mam wiedzieć, co jest ważne?

Według autora „Nieesencjalista myśli, że niemal wszystko jest ważne. Esencjalista uważa, że niemal wszystko jest nieważne”. Zgadnij, którą postawę promuje ta książka?

Żeby dobrze wybrać obszary, w które skierujemy swoją energię, musimy poświęcić więcej czasu niż przeciętny człowiek na rozważanie dostępnych opcji. Twój szef nie ma racji, czas na myślenie nie jest czasem straconym! „Aby się skoncentrować, musimy uciec w skupienie”.

Wielu niezwykle zajętych ludzi sukcesu rezerwuje sobie czas, w którym nie zakładają realizacji żadnych bieżących zadań, przeznaczony tylko i wyłącznie na planowanie strategicznie. Są wśród nich Bill Gates i dyrektor generalny LinkedIna.

Tylko robiąc krok w tył i patrząc na obraz całości, jesteś w stanie dostrzec, co jest ważne w twojej pracy i w życiu. A że pamięć ludzka jest ulotna, bardzo pomaga prowadzenie dziennika.

Kiedy desperacko młócimy rękami, próbując utrzymać się na powierzchni naszej codzienności – pracy, zakupów, wizyt, chorób dzieci, rachunków do płacenia, maili domagających się odpowiedzi – nie mamy szans na racjonalne długofalowo decyzje. Ważne wydaje się to, co najbardziej krzyczy. Ale kiedy już załatwimy tę palącą sprawę, natychmiast o niej zapominamy. Okazuje się, że nie miała żadnego trwałego wpływu na nasze życie. A później odkrywamy, że tkwimy w nielubianej pracy o 5 lat za dużo i nie pamiętamy, ile lat ma nasz dzieciak.

Oprócz samotnego czasu na myślenie, ważnymi narzędziami do odsiewania ziarna od plew są zabawa, sen i pozostałe nawyki fundamentalne, takie jak dobra dieta i ruch. Wtedy odnawiamy nasze zasoby, budzimy uśpione w nas pokłady kreatywności i zyskujemy odpowiednią perspektywę.

Przepis na spełnienie, wg Mc Keowna, to szukanie w każdej sytuacji punktu swojej maksymalnej użyteczności: robienie właściwej rzeczy, wynikającej z twojej właściwej przyczyny, we właściwym momencie. Dla odmiany, nieesencjaliści rzucają się na wszystko, dlatego, że jest popularne i robią to natychmiast. Wynikiem tego jest bardzo mały postęp w wielu kierunkach i bardzo duże zmęczenie. To prosty przepis na osiągniecie punktu maksymalnej frustracji. Skąd ja to znam…

Jak wybierać – praktyczne wskazówki

Po pierwsze, musimy pamiętać, że wybór to nie rzecz, ale działanie. Wymaga naszej aktywności: decyzji, czynu, a przede wszystkim, wzięcia odpowiedzialności.

Często nie mamy wpływu na to, jakie opcje są na stole, ale to, co z nimi zrobimy, zależy już wyłącznie od nas. Wielu ludzi dobrowolnie oddaje pole, bo tak jest łatwiej. To wyuczona bezradność.

Niejednokrotnie też wydaje nam się, że sami się na coś decydujemy, a tymczasem ulegamy reklamie, presji społecznej, strachowi przed stratą.

Wybór jest często cholernie trudny, bo wybieramy między dwoma rzeczami, które chcielibyśmy mieć. Dlatego mocno odczuwamy konieczność rezygnacji z jednej z nich. Wyskoczyć na piwko z przyjaciółmi czy zaszyć się z książką w fotelu? Dokończyć prezentację czy iść na mecz syna? Zapisać się na siłownię czy na kurs językowy? Tutaj zahaczamy o sprawę kluczową. Musisz najpierw znać swoje priorytety i wartości. Wiedzieć, co dla ciebie jest ważniejsze.

Oczywiście, wszyscy chcielibyśmy być szychami z wielką kasiorą w pracy marzeń, mając jednocześnie rodzinę jak z katalogu Ikei, figurę polskiej siatkarki, bogate życie wewnętrzne oraz regularnie spędzać weekendy z paczką przyjaciół w uroczych domkach na skraju dzikiej plaży. Ja bym jeszcze do tego chciała jeździć w trasy z rockową kapelą.

Cudownie byłoby nigdy nie musieć wybierać pomiędzy nimi, ale życie nie jest idealne. Będziesz musiał opowiedzieć się po którejś ze stron częściej niż myślisz. Unikanie wyborów nie sprawi, że znikną. Jeśli sam nie wybierzesz swoich priorytetów, możesz być pewny, że ktoś inny zrobi to za ciebie. Ale wtedy nie licz na spełnienie w życiu.

Cytując Stephena Covey’a: „Naszym priorytetem jest utrzymywanie zdolności do ustalania priorytetów”. Przy okazji ciekawostka – jeszcze do niedawna “priorytet”, słowo z kilkusetletnim rodowodem, oznaczające pierwszą, najważniejszą rzecz, występowało tylko w liczbie pojedynczej. Dopiero w XX wieku stworzyliśmy liczbę mnogą. Próbujemy zaklinać rzeczywistość słowami, ale prawda jest taka, że jeśli wszystko jest dla nas ważne – nic nie jest ważne. Jak mówi Mark Manson, o priorytetach świadczą czyny, nie słowa.

Gdy już znasz swoje priorytety, pamiętaj o słynnej zasadzie Pareto – 80% rezultatów przychodzi z 20% działań. Warto poświęcić czas na znalezienie tych 20%. Ale to nie wszystko. Prawdziwym wyzwaniem jest rezygnacja z działań, które nie przynoszą proporcjonalnych wyników.

Do wybierania nowych zobowiązań autor proponuje jeszcze bardziej wyśrubowane kryteria – zasadę 90%. Daje też bardzo praktyczną wskazówkę do podejmowania decyzji – zdefiniuj kryteria wejścia, które muszą być spełnione, żeby w ogóle rozważać propozycję i kryteria ostateczne, na podstawie których się na nią decydujesz lub ją odrzucasz.

Przykładowo, chcę zmienić pracę na taką, która da mi satysfakcję (podpowiedź autora: powinna bazować na twoich talentach i zaspokajać istotną potrzebę ludzi). Powiedzmy, że moje kryterium wejścia to praca w międzynarodowym środowisku. Jeśli oferta jest dobra, ale nie oferuje możliwości ćwiczenia języka obcego, od razu ją odrzucam i nie muszę marnować energii na jej rozważanie.

Kryteria ostateczne mogą obejmować: możliwość pracy z domu, zarobki nie mniejsze niż X, biuro w konkretnej części miasta, możliwość awansu, podróże służbowe lub ich brak itp.

Po zdefiniowaniu tego, co dla mnie ważne, każde ogłoszenie przepuszczam przez sito i chodzę wyłącznie na rozmowy w sprawie stanowisk spełniających wszystkie moje kryteria ostateczne, zaoszczędzony czas przeznaczając na rzeczy inne ciekawe rzeczy, na przykład odkurzanie.

Na koniec moja ulubiona zasada z całej książki, którą zaczęłam stosować najpierw do decyzji dotyczących ubrań, a potem rozciągnęłam na wszystkie życiowe wybory:„Jeśli nie można zdecydowanie powiedzieć tak, należy zdecydowanie powiedzieć nie”. Po angielsku brzmi jeszcze lepiej: „It’s either HELL YES! Or no”.

Jak odmawiać?

Odmawianie jest cholernie trudne. Wynika to zarówno z naszej kultury – nie chcemy wyjść na nieżyczliwych leni i nieużytków – jak i z naszego wrodzonego strachu przed przed utratą jakiejś możliwości.

Żeby nauczyć się odmawiać, musimy po pierwsze uświadomić sobie, co jest na szali. W przypływie entuzjazmu zgadzając się na nowy projekt, podbieramy czas temu, co już jest w naszym kalendarzu. Temu, co w wyniku intensywnej pracy myślowej uznaliśmy za nasz priorytet. Bez odmawiania, nigdy nie zrealizujemy tego, co dla nas najważniejsze, nie osiągniemy nic znaczącego.

Na prośby innych nie warto reagować od razu, w emocjach. Lepiej dać sobie czas do przemyśleń, zastanowić się na chłodno, czy na pewno chcemy podjąć zobowiązanie.

Mc Keown podsuwa też kilka pomysłów na uprzejme odmawianie: proponuj coś w zamian (teraz nie, ale może za jakiś czas), sugeruj inne osoby, które mogłyby spełnić prośbę, podchodź do rozmówcy z humorem, zgadzaj się, ale częściowo. A jeśli proszącym jest twój szef, pytaj go, jakie obowiązki masz odłożyć na później, żeby wykonać dodatkowe zadanie.

Dobrym pomysłem jest też jasne komunikowanie swojego braku czasu z wyprzedzeniem.

Jeszcze trudniej jest zrezygnować z czegoś, co już mamy. Badania dobitnie wykazują, że cenimy bardziej to, co posiadamy i dotyczy to w takim samym stopniu przedmiotów jak i aktywności. W sytuacji, kiedy odkryjemy, że coś nie jest zbieżne z naszym priorytetem, ale ciężko nam się tego pozbyć, pomocne może być pytanie: jak bardzo zabiegałbym o to, gdybym tego nie miał. Nagle okazuje się, że to jednak nie jest takie ważne i spokojnie możemy z tego zrezygnować.

Jeszcze jedno. Wbrew intuicji, wyznaczanie granic nie sprawi, że ludzie uznają cię za dupka. Wręcz przeciwnie, granice budzą podziw. Jeżeli odmawiasz umiejętnie, ludzie bardziej cię szanują.

Zasady esencjalizmu brzmią dosyć radykalnie, ale gdy przyjrzymy się osobom, które podziwiamy za osiągnięcia i firmom, które odniosły sukces, wszystkie one realizują jasną wizję i nie tracą czasu na pierdoły.

Jeśli w tych szalonych czasach chcemy żyć po swojemu, zamiast dać się zjeść z kosteczkami swojej firmie, rodzinie, znajomym, mediom społecznościowym i reklamodawcom, to uratować nas może tylko jedno: wiedza o tym, co naprawdę jest dla nas ważne i bronienie tego jak niepodległości.

Dodaj komentarz