Marcina znam z tzw. podwórka, chociaż różnica wieku między nami była na tyle duża, że nigdy tak naprawdę się nie kumplowaliśmy. Zapamiętałam go jako starszego brata koleżanki, który gdzieś tam się przewijał na marginesach mojego świata. Ja dla niego byłam zapewne równie mało charakterystycznym elementem rozwrzeszczanej masy dzieciarni, kotłującej się na placu zabaw. A potem porozjeżdżaliśmy się po świecie.
Wiedziałam, że Marcin studiował, jak ja, we Wrocławiu, ale przesunięcie wieku było akurat takie, że się nie spotkaliśmy. Obiło mi się też o uszy, że pływa na żaglach. Oraz że wyjechał do Londynu.

Kilka lat temu Babcia, zdając mi przez telefon relację z najświeższych wydarzeń w mojej rodzinnej miejscowości, doniosła, że Marcin zostawił dobrą pracę w Londynie i wraz ze swoją dziewczyną wyruszył w świat jachtostopem. Nastawiłam uszu, ale plotka z trzeciej ręki nie zawierała zbyt wielu szczegółów. Od tamtej pory wciąż miałam ochotę z Marcinem porozmawiać i wypytać go o tę podróż.
Seria wywiadów podróżniczych, nad którą ostatnio pracuję, okazała się odpowiednim pretekstem, żeby w końcu nawiązać kontakt i porozmawiać – po przeszło 20 latach!

Skąd wziął się pomysł na podróż jachtostopem?
Na studiach działaliśmy z Agą intensywnie w środowisku żeglarskim. Co roku latem organizowaliśmy obozy na Mazurach, a jesienią, we Wrocławiu spotykaliśmy się z innymi żeglarzami na festiwalu szantowym. A tam, wiadomo, przy dobrej zabawie, wszyscy snują żeglarskie marzenia i chcą płynąć dookoła świata. Gdy jednak przychodzi poniedziałek, trzeba iść do szkoły albo do pracy, to entuzjazm opada i rzadko kto się w tę podróż wybiera.
Nam też się różnie w życiu układało, ale to marzenie cały czas w nas siedziało. Skończyliśmy studia, wyjechaliśmy do Anglii i pomysł został na jakiś czas zapomniany, ale w pewnym momencie powrócił. Chcieliśmy zacząć od mniejszych rzeczy, podróż dookoła świata wydawała nam się poza zasięgiem naszych możliwości. Planowaliśmy popłynąć najpierw na Morze Śródziemne, potem przeskoczyc Atlantyk, zobaczyć, co z tego będzie i może potem ruszyć gdzieś dalej. Zarejestrowaliśmy się na portalu żeglarskim, który pozwala na komunikację między właścicielami jachtów a potencjalnymi załogami.
Co to za portal?
Find a crew.
I udały Wam się te małe wypady?
Nie, bo dostaliśmy od razu propozycję 9-miesięcznego rejsu przez Pacyfik. Para starszych Amerykanów (okazali się mormonami), która była właśnie w podróży dookoła świata – opłynęli już Amerykę, Karaiby i przepłynęli kanał Panamski – zaproponowała nam przyłączenie się do nich na odcinku Panama – Nowa Zelandia.
Jak się wtedy poczułeś?
To był niesamowity skok adrenaliny i masa wątpliwości. Zupełnie się nie spodziewaliśmy takiego obrotu spraw, nie wiedzieliśmy, co zrobić i jak to ugryźć. Kiedy dostaliśmy maila z tą propozycją, był styczeń. Spędzaliśmy Sylwestra u przyjaciół żeglarzy, którzy taką samą trasę zrobili przed nami i oni bardzo nas na ten rejs namawiali, przekonywali, że taka szansa może się długo nie powtórzyć, a ta trasa jest jedną z najpiękniejszych tras żeglarskich na świecie.
Ile mieliście czasu żeby podjąć decyzję?
Dowiedzieliśmy się 1 stycznia, 28 lutego musieliśmy już wylecieć do Panamy. Oni czekali w Panamie na początek marca, bo wtedy wszyscy ruszają przez Pacyfik z passatem. Ale potwierdzenia od nas, że się na to decydujemy, chcieli dużo szybciej, zażyczyli sobie przesłania kopii biletów lotniczych w ciągu dwóch tygodni. Więc mieliśmy niecałe 2 miesiące, żeby się zorganizować, ale decyzję podjąć musieliśmy niemal natychmiast. Pierwsze 2-3 noce nie spaliśmy w ogóle, milion myśli na sekundę. Mieliśmy świadomość, że taka gratka może nam się już życiu nie trafić, bo Przeskoczyć Atlantyk jest dużo łatwiej niż Pacyfik, z różnych względów, przede wszystkim logistycznych – dużo bliżej, krócej. Ja szczerze mówiąc byłem już wtedy tak wykończony swoją pracą, trybem życia, że długo mnie namawiać nie było trzeba. Gdy jednak zaczęliśmy na spokojnie myśleć i planować co trzeba zrobić, jak swoje życie przeorganizować, to wtedy się zaczęły schody.
Jakie przeszkody musieliście pokonać? Czy problemem było zostawienie pracy, rodziny?
Nasze rodziny i tak już zostawiliśmy w Polsce, więc temat rozstań odpadał. Pozostawały tylko takie praktyczne względy typu wynajem mieszkania, pozamykanie spraw zawodowych, rozwiązanie umów o prąd, telefon, pozbycie się całej masy niepotrzebnych gratów – to były jedyne przeszkody.
A jaka była reakcja rodziny na Twój pomysł?
Mój tato, jak mu to powiedziałem przez telefon, zamilkł. Usłyszałem, jak relacjonuje mamie: „Rzuca pracę, żeby płynąć dookoła świata. Chyba go popie…”.
Dla pokolenia naszych rodziców to chyba naprawdę abstrakcja. Dla nich praca w jednym miejscu przez całe życie to była norma. Na jakim etapie kariery zawodowej wtedy byłeś?
Pracowałem w Anglii od 4 lat, dokładnie po swoim kierunku, ale pracy miałem dosyć, więc to, żeby ją rzucić, nie było dla mnie problemem. Firma się nie zgodziła na tzw. career break dłuższy niż 3 miesiące, więc podziękowałem. Adze udało się dostać urlop bezpłatny na rok.
I rozumiem, że skorzystaliście z tej oferty 9-miesięcznej podróży?
Tak, z tym że to nie do końca tak wyszło, jak zakladalismy. Udało nam się dopłynąć jednym jachtem z Panamy na Markizy – to jedne z najbardziej oddalonych od stałego lądu wyspy świata – i tam wysiedliśmy.
Dlaczego?!
Okazało się, że to, na co się z właścicielem łódki umawialiśmy, nie miało pokrycia w rzeczywistości. Począwszy od tego, że wyposażenie łódki było zupełnie inne niż w ogłoszeniu – i nie chodzi mi o brak luksusów, tylko o takie podstawy, jak słodka woda do picia i do mycia, tudzież system nawigacyjny i parę innych drobiazgów…
Nie mieliście wody i systemu nawigacyjnego? To jak wy płynęliście??
Jakiś tam system był, ale bez aktualnych map, bo pan oszczędzał na aktualizacjach. W dodatku cała nawigacja była zainstalowana na jednym laptopie, co nie było rozsądne, bo gdyby on padł, to zostalibyśmy na morzu bez żadnej nawigacji.
Może wstręt do technologii wynikał z reguł narzuconych przez religię?
Chyba nie. Ich mormońskość miała odzwierciedlenie głównie w żywieniu. Poza tym jak ktoś pływa jachtem po oceanach, to może wierzyć w cokolwiek, ale żaden bóg mu nie pomoże, jak nie będzie mieć sprawnego sprzętu i dobrych map.
Powiedziałeś też, że brakowało słodkiej wody. To jak się w takim razie myliście i co piliście?
Mieliśmy wodę, ale ściśle wydzielaną. Co 5 dzień mogliśmy wziąć prysznic, co oznaczało, że dostawaliśmy 2,5l słodkiej wody, żeby się spłukać po kapieli w morskiej wodzie. Były to absurdalne obostrzenia w dzisiejszych czasach, gdy praktycznie każdy jacht, który pokonuje takie dystanse, ma odsalarkę. Ten zresztą też miał, tylko facetowi szkoda było paliwa, które zużywał agregat…
Aha, już powoli rozumiem, na czym polegało to niedogadanie. I co, wtedy postanowiliście go zostawić?
Tak, ale nie zdecydowaliśmy się z nimi rozstać z powodu niewygód, bo to było do przejścia. Najgorsze, że zaczęło się robić niebezpiecznie. Facet się zachowywał, jakby nie wiedział, co to jest ocean. Chciał pracować przy wysokiej fali bez żadnej asekuracji, zasypiał na nocnych wachtach i to już było niefajne, wiec stwierdziliśmy, że to nie ma sensu.
Brzmi skrajnie niebezpiecznie: w nocy na łódce wszyscy śpią i jedyna osoba, która powinna czuwać, też śpi, a jacht płynie samopas.
No tak.. Proponowalismy mu zmianę godzin wacht na takie, które bedą bardziej przyswajalne przez jego organizm, ale bez rezultatu. No i w końcu stwierdziliśmy, że jest to zbyt ryzykowne, więc na Markizach wysiedliśmy.
A ile płynęliście z Panamy na Markizy?
Około miesiąca, z tym, że po tygodniu mieliśmy przystanek na Galapagos. To było coś fantastycznego, chyba najbardziej niezapomniane widoki! Wspaniała przyroda. Wszyscy kojarzą Galapagos z żółwiami, ale żyje tam też masa innych zwierząt: iguany, albatrosy, fregaty, flamingi. Ludzie są tam tak blisko przyrody, że foki śpią na placach zabaw, a małe dzieci kąpią się z małymi fokami w basenach portowych. Z Galapagos na Markizy płynęliśmy jeszcze 3 tygodnie, po których mieliśmy już naprawdę dość i stwierdziliśmy, że wysiadamy. I tak wytrzymaliśmy z facetem dłużej, niż żona, która go zostawiła już na Galapagos.
Czyli te 3 tygodnie płynęliście sami?
Tak, w trójkę. Byliśmy mu wierniejsi niż żona. (śmiech)

Niesamowite. I w pierwszej wersji mieliście cały ten rejs przepłynąć jedną jednostką, z nimi?
Tak, to miało być 9 miesięcy podróży z nimi, przez cały Pacyfik
Czyli plan na 9 miesięcy legł w gruzach po pierwszym miesiącu?
Tak, dokładnie tak wyszło.
No to świetny początek!
Tak. Co więcej, mieliśmy z nim dość dziwny układ, jeśli chodzi o jedzenie, polegający na tym, że my się żywimy we własnym zakresie, a oni we własnym. Nigdy wcześniej na rejsie się z tym nie spotkałem. No ale ok, tak chcieli, więc się dostosowaliśmy. Zrobiliśmy w Panamie zapasy na co najmniej 4 miesiące. No i w momencie kiedy się rozstawaliśmy, a nie było nas stać, żeby to wszystko wyrzucić albo mu zostawić, więc na tych Markizach po miesiącu musieliśmy wszystko wypakować z tej łódki i wziąć ze sobą. W siatach, w reklamówkach…
No tak, teraz się fajnie wspomina. Ale wtedy, jak się tak wszystko pokomplikowało, mieliście taki moment, że żałowaliście, że się na to porwaliście?
Ja nie miałem nigdy, Aga też nie. Świadomość, że realizujesz swoje marzenie, wynagradza wszystko.
Ok, więc wylądowaliście na tych Markizach, na środku oceanu, bez transportu. Co zrobiliście?
Mieliśmy plecaki, torby i kartony i nie było szansy, żeby to całe żarcie ze sobą zabrać do kempingu w wiosce. Więc najpierw wyładowaliśmy wszystkie nasze graty z łódki w marinie pod jakąś wiatą i sprzedawaliśmy je żeglarzom i lokalsom, którzy nas potem zabrali do wioski samochodem. Po paru dniach, na kempingu poznalismy Francuza, który mieszkał z miejscową dziewczyną i zaprosił nas do domu. Przez te kilka dni, kiedy mieszkaliśmy u nich, pokazali nam trochę wyspy, zabrali na piknik i w parę fajnych miejsc, takich, do których turyści raczej nie docierają. W międzyczasie szukaliśmy dalszego transportu.
Znowu przez portal internetowy?
Nie, tam już są problemy z Internetem, więc pozostawało siedzenie na murku w marinie, ogłoszenia porozwieszane na słupach w wiosce i czekanie. Przydatne okazało się też radio, przez które porozumiewają się ludzie z jachtów.
Takie morskie CB radio?
Tak, coś w tym stylu. Codziennie o umówionej godzinie żeglarze „spotykają się” na określonym kanale i przekazują sobie informacje kto gdzie jest, jakie są warunki pogodowe w danym miejscu i różne inne przydatne wiadomosci. Ludzie, których poznaliśmy, wiedzieli, że ktoś za nimi płynął w kierunku, który nas interesował i przekazali, że szukamy jachtu, który mógłby zabrać nas dalej.
W marinie działała też taka giełda żeglarska, wymiana informacji do kogo warto się zaokrętować, a do kogo nie. W ten sposób znaleźliśmy następną łódkę, a dokładnie mówiąc, był to katamaran. To byli bardzo fajni ludzie, część ich załogi wysiadała na Markizach, więc my wskoczyliśmy na ich miejsce i popłynęliśmy dalej. Facet kupił ten katamaran w Meksyku i przeprowadzał go do Australii, żeby go tam sprzedać. Zabraliśmy się z nim do Tahiti. Po drodze zwiedzaliśmy atole na Polinezji Francuskiej.
Czyli zejście z łódki mormonów po miesiącu, bez planu na to co dalej, z perspektywy czasu okazało się dobrą decyzją?
Mieliśmy tak dosyć, że musieliśmy zejść z tego jachtu, choćby nie wiem co. Ale tak, jak się okazalo nie ma tego złego… i myslę, że wszystkie decyzje były dobre.
Ok. A później już nie mieliście takich przygód na morzu – już była sama przyjemność?
No nie, tak łatwo to nie było (śmiech) na każdym jachcie były jakieś przygody.
Czy to wynika z tego, że jesteś z ludźmi przez dłuższy czas na tak małej przestrzeni i to powoduje zadrażnienia?
To na pewno też. Gdy z kimś jesteś na łódce, to po dwóch tygodniach może Cię nawet wkurzać, jeśli ktoś miesza herbatę w złą stronę. To lepszy test przed małżeństwem niż wspólne mieszkanie. Ale chodziło też o to, że po prostu ludzie są różni. My mieliśmy błędne założenie, że wszyscy, którzy pływają na żaglach, są podobni i z każdym można się dogadać – takie były nasze doświadczenia z Mazur, Bałtyku, Morza Północnego, Chorwacji. Ale to byli ludzie z jednego środowiska, przeważnie akademickiego, wspólne klimaty. Natomiast, jak się okazało, po świecie żeglują ludzie, którzy znaleźli się na wodzie z różnych powodów. Bo chcieli, bo musieli, bo uciekają, bo są kryminalistami, bo są świrami.
O kurczę. I trafialiście na takich ludzi, świrów i kryminalistów?
Tak, też.
Mieliście w związku z tym jakieś niebezpieczne sytuacje? Czy tylko dyskomfort?
Niebezpiecznych sytuacji związanych z żaglami raczej nie było, czasem tylko gadało się z facetem i nie wiadomo, kto to jest i skąd sie wziął, wszystkie jego historie i gawędy kupy się nie trzymają. Bałem się tylko w jednym momencie, z tym że to akurat nie było na żaglach.
Byliśmy wtedy na Fidżi. Wracaliśmy z parku wodospadów i czekaliśmy na autobus. Na przystanku zatrzymał się facet, żeby nas podwieźć na stopa. Wiedzieliśmy, że w tamtych stronach biorą niby na stopa, ale oczekują zapłaty, a my mieliśmy ograniczone fundusze, więc podziękowaliśmy. On nalegał, powiedział, że nie chce pieniędzy i że podwiezie nas do stolicy, Suvy, gdzie mieliśmy wynajęty pokój. W końcu wsiedliśmy. Facet okazał się mocno radykalnym muzułmaninem, i po chwili rozmowy zaczął nas praktycznie przesłuchiwać. Zadawał pytania w stylu: ile meczetów jest w Polsce, jak często tam chodzimy, jak się modlimy do Allacha i czy jesteśmy gotowi na śmierć, bo to nigdy nie wiadomo, co się w życiu może zdarzyć, trzeba być gotowym – mówiąc to, wyprzedzał na trzeciego ciężarówkę, podczas gdy z naprzeciwka jechała druga ciężarówka. Wtedy się już zrobiło faktycznie niesympatycznie i wtedy się trochę przestraszyłem.
Masakra! No tak, ale takiej sytuacji już nie przewidzisz…
No nie. To jeszcze było przed tymi wszystkimi zamachami, nie było takiej świadomości zagrożenia, jak jest teraz. Teraz bym pewnie nawet nie wsiadł, jakbym zobaczył, że facet jest tak ubrany, to bym sobie odpuścił. Ale na żaglach generalnie nie miałem jakichś niebezpiecznych sytuacji.
A nie było problemów z pogodą?
Może ze dwa razy było dość ostro. Ale to było też coś niesamowitego, bo jak pamiętam taki sztorm na przykład z Bałtyku, to człowiek poubierany od stóp do głów, kalosze, sztormiak, zimno. A tutaj niby też wiatr, fale nawet jeszcze większe przewalają się przez pokład, a ja w kąpielówkach i w t-shircie. Jak jest ciepło i słońce, to jest zupełnie inny odbiór warunków pogodowych. Jak teraz tak wspominam, to na każdym jednym rejsie na Bałtyku dostaliśmy bardziej w dupę niż przez cały przelot przez Pacyfik.

Czyli warunki na Pacyfiku nie są takie straszne?
Zupełnie inaczej się to odbiera, bo nie jesteś przemarznięta, chociaż wiadomo, że skończyć się też może źle. Jak płynęliśmy z mormonami, to na nocnych wachtach siedziałem w kąpielówkach, koszulce z krótkim rękawem i czytałem książkę przy pełni księżyca, tak było jasno. Na Bałtyku siedziałbym opatulony i co chwilę kogoś prosił, żeby mi podał gorącą herbatę spod pokładu.
A jacyś fajni ludzie się zdarzali, ciekawi? Kogo najfajniej wspominacie z ludzi spotkanych po drodze?
Mnie się często przypomina taki starszy facet, Andre Schwarz, Węgier niemieckiego pochodzenia czy może Niemiec pochodzenia węgierskiego, który wyemigrował do Kanady. Taki wagabunda, myśliciel, filozof, pisarz, tynkarz-murarz-akrobata, żeglarz. Rozpadający się dziadek w podróży życia do… niewiadomokąd. W Meksyku poznał jakąś kobietkę, zabrał ją na swoją łódkę, która ledwo się kupy trzymała i tak sobie płynęli. Były na niej jeszcze dwa koty. Na Markizach zaproponował, że nas mogą zabrać, ale jak zobaczyliśmy tę łódkę, ten bardak w środku, to szybko podziękowaliśmy. Ale człowiek bardzo ciekawy, z oryginalnym spojrzeniem na świat. Później starałem się śledzić jego losy, jak już wróciliśmy – ze trzy książki można by o nim napisać. Płynął tym rozpadającym się jachtem, po drodze prawie że oślepł, jacyś ludzie go operowali, uratowali mu wzrok – nie no, po prostu szok! Bardzo ciekawy człowiek, ale jednak trzeba go było traktować z przymrużeniem oka.
Skąd miałeś informacje o tym, co się z nim później działo?
Ludzie, którzy pływają, piszą blogi no i tak od jednego do drugiego – tu gdzieś ktoś go widział, ktoś o nim słyszał – to jest tak ekscentryczny facet, że jak ktoś go spotkał, to często o nim pisał.

Czyli ocean jednak nie jest wcale taki duży. Kogo jeszcze zapamiętałeś?
Fajni byli też ludzie z katamaranu, który zabrał nas z Markizów. Nie byli zamożni, ale bardzo sympatyczni. Potem z kolei płynęliśmy dużym luksusowym jachtem, ale ekipa była usztywniona i była to dla nas trochę taka złota klatka. A później trafiliśmy na niesamowitą pływającą rodzinkę. Francuz o imieniu Manu z żoną Hiszpanką, mieli pięcioletnią córkę, która wychowywała się na jachcie od czwartego miesiąca życia…
Czyli można pływać z takim małym dzieckiem? Próbowaliśmy namówić na Mazury znajomych z dwulatkiem i mieli opory. Ja szczerze mówiąc też nie byłam przekonana, czy to dobry pomysł.
Można można, pewnie! Trzeba się tylko dobrze zorganizować. Np. dziecko jest w kapoku, przywiązane linką do masztu tak, żeby nie mogło wypaść za burtę. Wszystko da się zrobić. Rejs z tą rodzinką był naprawdę ciekawy. Wszystko przy jachcie robili sami, własnymi rękoma z powodu ograniczonych funduszy i braku stałych wpływów. Więc mimo, że nie byli majętni, praktycznie ciągle byli w podróży. Podziwiałem faceta za to, że potrafił się nauczyć rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia – na przykład nie będąc informatykiem i mając niewielkie pojęcie o komputerach w ogóle, potrafił włamywać się do Internetu.
A schodzili czasem na ląd, żeby popracować, zarobić na dalsze żeglowanie? Wracali do Francji czy Hiszpanii?
Nie w czasie podróży z nami. Trochę dorabiali wcześniej. W Panamie na przykład organizowali rejsy „na zachód słońca” z turystami. Manu miał też inne pomysły na organizowanie funduszy. Na przykład kupił gdzies 300 flaszek jakiejś podłej gorzały, a sprzedawał to potem jako brazylijski czy jakiś inny rum z 3-4 krotną przebitką. Żeby móc przewozić tę wódę, nie ryzykując sprawdzenia, musiał zmienić banderę z francuskiej, na belgijską. Nie wiem, na podstawie jakiego prawa, jachtu nie można bylo przeszukać, jak płynie pod belgijską banderą. W każdym razie, żeby móc zmienić banderę, facet w Photoshopie przerobił papiery łódki. Albo łowienie ryb na Pacyfiku. Ludzie mają specjalne wędki, duże kołowrotki, nie wiadomo jakie drogie przynęty. A Manu miał kawałek deski z nawiniętą żyłką zakończoną zardzewiałym hakiem i rolkę folii do pakowania prezentów. Codziennie odcinał parę pasków tej folii, wiązał dookoła haczyka i na to łowiliśmy ryby. Brały lepiej niż na błystki za 20 dolarów za sztukę. Była czerwona i niebieska. Na niebieską lepiej brały tuńczyki, a na czerwoną doraby. Takich patentów było jeszcze kilka.
A ten dzieciak wydawał się szczęśliwy?
Oj, bardzo. Luna była niesamowita. Jak na pięcioletnie dziecko rozwinięta intelektualnie, fizycznie. Takie rzeczy, jakie ona robiła na łódce, jak skakała po wantach, po trampolinie na katamaranie, czegoś takiego nie widziałem nigdy u pięcioletnich dzieci. Jak mała małpka. Do tego pyskata, wygadana…
To już wiem, skąd pomysł na imię Waszej małej. A nie było problemem to, że Luna nie miała kontaktu z innymi dziećmi?
Miała, bo wszędzie, gdzie byli, ona chodziła do szkoły albo do przedszkola. Co więcej, we Francji takie rodzinne pływanie jest bardzo popularne, więc mieli sporo zaprzyjaźnionych jachtów z dziećmi i odwiedzali się nawzajem na kotwicowiskach. Do tego rodzice codziennie odrabiali z nią lekcje. Wszystko było robione z głową. No i przez nich wylądowaliśmy w Nowej Kaledonii. Nie planowaliśmy tam być, ale kiedy utknęliśmy na Tonga, nie mogliśmy znaleźć innego jachtu. Oni byli dla nas jedyną opcją.

