Strach o zapachu frikadelek

Wynajmowałam wtedy pokój w mieszkaniu na wrocławskim Ołbinie. Oprócz mnie, mieszkały w tym mieszkaniu jeszcze dwie psiapsióki-nierozłączki i pewien Niemiec, który za cel swojego Erazmusowego pobytu we Wrocławiu obrał sobie budowanie relacji z autochtonami.

Tego dnia jedna z dziewczyn miała wrócić do Wrocławia pociągiem, chyba z jakimiś gratami, bo zapytała, czy możemy ją odebrać jej samochodem, który zostawiła na podwórku. Niemiec zadeklarował, że przygotuje na nasz powrót obiad – niemiecką specjalność, niejakie frikadelki – czyli po prostu tłuste mięsne pulpety, a ta druga nie miała prawa jazdy, , więc zostałam wytypowana na kierowcę. Zanosiło się na miły dzień – wycieczka na dworzec a potem prawdziwy obiad na ciepło (w tych czasach żywiłam się głównie chińskimi zupkami diabolo pomodoro i batonami trzybit – oraz okazjonalnie pierogami z lokalnego baru mlecznego Kolor – więc była to nie lada gratka) i międzykulturowe ploteczki.

Niemiec odpala więc patelnię z masą tłuszczu, w kuchni zaczynają się unosić kłęby dymu, a my schodzimy do samochodu. I wtedy zonk: okazuje się, że to auto automat, a ja umiem jeździć tylko na manualu. Chwilę próbuję ogarnąć temat, dopingowana przez tę drugą laskę, ale poddaję się, wracam na górę i pytam Niemca, czy pojedzie. Ten zdziwiony, że przecież jazda automatem to coś najprostszego na świecie, wyciera ręce w fartuch i przekazuje mi pałeczkę w kuchni. Oni jadą na dworzec, a ja zostaję sama w kłębach smażeniny i smrodu.

I wtedy, nad tą patelnią ze skwierczącymi frikadelkami, pomyślałam sobie , że mój strach mnie właśnie czegoś pozbawił. To była pierdoła, mała przyjemność – nie miałam wtedy auta, a lubiłam jeździć, więc możliwość przejażdżki po Wrocławiu była dla mnie frajdą. Ale zrezygnowałam z tej frajdy i zamiast tego stoję przy garach, czego nienawidzę, ale mogę mieć prentensje tylko do samej siebie. Nikt mnie w tę rolę kuchty nie wtłoczył, tylko sama się w nią władowałam tylko i wyłącznie dlatego, że bałam się zrobić coś, czego wcześniej nie robiłam.

I nie ma tutaj znaczenia, czy to była racjonalna, odpowiedzialna decyzja – nie chciałam ryzykować, że zarysuję czy zniszczę nie swój samochód – tak naprawdę chodzi tutaj o strach, który powstrzymal mnie przed zrobieniem czegoś, co chciałam zrobić. I ten żal był na tyle duży, że do dziś – choć minęło już tyle lat – często sobie przypominam tę historyjkę, kiedy strach powstrzymuje mnie przed zrobieniem czegoś, co zrobić chcę.

Scroll to Top