“Nic nie poradzę, Olga, że jesteś w niskich widełkach. Nie możesz dostać podwyżki o trzydzieści procent” — powiedziała kadrowa.
To była moja pierwsza poważna praca po studiach, a ja właśnie się zorientowałam, że moje wynagrodzenie dosyć znacząco odstaje od reszty zespołu, więc, przechodząc na bezterminową, próbowałam wyszarpać trochę więcej z korporacyjnej kasy. Jak to się stało, że wpadłam w te niskie widełki, które odbijały mi się czkawką przez cały okres zatrudnienia? Owszem, byłam najmłodsza, a mój dział obstawiali głównie PM-owie starsi ode mnie o dekady doświadczeniem1, ale to nie zmieniało faktu, że po prostu dałam ciała, kiedy na rozmowie padło sakramentalnie pytanie. Wyglądało to mniej więcej tak:
– “Jakie są Pani oczekiwania finansowe?” — zapytał facet w garniturze.
Przełknęłąm i, unikając wzroku moich rozmówców, siedzących po drugiej stronie stołu w ciasnej salce konferencyjnej, wyszeptałam nieśmiało:
—“Dwa i pół…?”
— “Trzy” — wycedziła kącikiem ust miła pani, która, jak potem odkryłam, miała rewolucyjną duszę i z którą się wkrótce zaprzyjaźniłam.
— “Trzy” — podchwyciłam nieco pewniejszym tonem i dobiliśmy targu.
Ta krótka rozmowa zaważyła na całej mojej karierze. Ustawiła na niższym niż to było możliwe poziomie próg, z którego startowałam i na dzień dobry obniżyła moją pewność siebie, utrudniając wszystkie przyszłe negocjacje. Pytanie czyja to była wina?
Wina a odpowiedzialność
Można się zżymać na cyniczne korporacje, które zamiast płacić godnie, płacą najmniej, jak się da, ale to nie prezes z tłustym kotem na kolanach odczuwa skutki tej polityki, tylko młody frajer, który nie odrobił zadania domowego z riserczu korporacyjnych zarobków. To klasyczny przykład różnicy pomiędzy winą a odpowiedzialnością, które często bierzemy za jedno i to samo. Skutek jest taki, że broniąc się przed poczuciem winy, oddajemy walkowerem sprawczość.
Owszem, nie moja wina, że tak działa system i mogę się tłumaczyć przed sobą i światem ile chcąc – że nie od razu tak nisko się wyceniałam, że nadłamały mi kark wcześniejsze próby zatrudnienia się i w biurze architektonicznym2 i związane z tym rozmowy finansowe, że nikt mnie nie nauczył negocjacji, że nasiąkłam różnymi dziwnymi przekonaniami w stylu że jak bogaty to ukradł i że o pieniądzach nie wypada rozmawiać, ale koniec końców ile wymówek bym nie znalazła, to ja żyję ze skutkami swoich zaniedbań — czyli ponoszę za nie odpowiedzialność.
- Byli starsi nie tylko doświadczeniem — wiekiem też. Pamiętam, jak zamarłam, gdy sprzedawali sobie tipy, gdzie tanio i dobrze wstawiają implanty w paszczękę. Co za geriatria — pomyślałam wtedy. Dziś bym te tipy wzięła z pocałowaniem w rękę. ↩︎
- Znacie ten dowcip: “- Czym się różni architekt od balkonu? – Balkon jest w stanie utrzymać całą rodzinę.” Tajemnicą poliszynela jest fakt, że zarobki w polskiej branży architektonicznej stoją na szokująco niskim w stosunku do wymagań zawodu poziomie. Ludziom o zacięciu socjologicznym (i o mocnych nerwach) polecam lekturę komentarzy pod postami Młodych Zdziwionych Architektów Którzy Nie Odrobili Zadania Domowego w fejsbukowej grupie „Praca w Architekturze”. ↩︎