Blisko dekadę temu założyłam swój pierwszy blog. Byłam wówczas w okolicach trzydziestki, pracowałam w korpo i desperacko tęskniłam za przygodą. Nazwa bloga, “Doba z gumy”, była wyrazem mojej naiwnej nadziei, że jak się wystarczająco mocno zaprę, to ponaciągam swój dzień tak, żeby w niego upchnąć wszystko to, o czym marzę, a na co brakuje mi czasu.1
Jednym z marzeń była podróż bez celu i terminu powrotu. Tak zwana włóczęga. W oczekiwaniu na własną, która przesuwała mi się przed pyskiem jak marchewka na sznurku, zaczepiałam i wypytywałam tych, którzy już się na ten krok zdecydowali. Część rozmów wydała mi się na tyle ciekawa, że postanowiłam je opublikować. I tak powstał ten króciutki cykl.
Odgrzebałam te rozmowy z odmętów czasu i ponownie zebrałam go do kupy, żeby ułatwić nawigację i na nowo zanęcić do ich przeczytania. Zapraszam serdecznie – warto!

Karolina z podróżowania zrobiła swoją pracę. Jak sama mówi: „Nie wyjeżdżam żeby uciec przed życiem – wyjeżdżam, żeby życie mi nie uciekło.”
„Świadomość, że realizujesz swoje marzenie, wynagradza wszystko” twierdzi Marcin, który przepłynął Pacyfik jachtostopem


„Kiedy już raz posmakowałeś nieograniczonej czasem podróży, nie zadowolą cię dwutygodniowe wakacje” – to słowa Huberta, który pojechał rowerem na wschód.
- Dziś wiem, że pomysł rozciągania doby był nie tylko kretyński, ale i szkodliwy. W kapitalistycznym świecie niekończącej się oferty napędzanej psychologicznie targetowaną reklamą, która przekonuje nas, że jeszcze tylko ten ciuch czy tamto przeżycie i będziemy szczęśliwi, człowiek prędzej oszaleje niż doświadczy tego wszystkiego, o czym marzy (czy też może: wydaje mu się, że marzy). Poza tym im jestem starsza, tym dobitniej uświadamiam sobie, że w życiu zupełnie nie o to chodzi, żeby się nachapać do porzygu. O co zatem chodzi? Nad tym biedzą się najtęższe głowy, a ja, odkąd sięgam pamięcią, biedzę się razem z nimi, ładując się po drodze w liczne kanały i ślepe uliczki. Doba z gumy była jedną z nich. Rozkminy, którymi dzielę się tutaj, są kolejnym podejściem. Generalnie całe moje pisanie jest o tym.
Póki co doszłam do tego, że warto się skupić na tych paru sprawach, które uznamy za ważne, a całą resztę olać. Te nieliczne, na które się zdecydujemy, zyskują na wartości dokładnie dlatego, że równocześnie rezygnujemy z miriadów innych możliwości. Podobnie jest z ludźmi. Tych parę sztuk, z którymi buduję bliskie relacje, jest dla mnie tak ważnych, właśnie dlatego, że wybierając bycie z nimi, rezygnuję przy tym z pół światu innego kwiatu. I jak dla mnie, chodzi o to, żeby, jak się na coś zdecydujemy, być w tym na sto procent, ignorując wszelkie alternatywy.
↩︎
