Przysięgłabym, że widziałam kiedyś taki mem: zabiegana laska o poranku uświadamia sobie, że do wykonania została jej jeszcze jedna rzecz z to-do listy. Podpis głosi: “Kurwa, jeszcze medytacja.” Szukałam i nie znalazłam — być może ten obrazek stworzył mój mózg, wytrenowany na innych danych, na przykład tym memie:

W każdym razie nie mogę go odgrzebać i nie chce mi generować erzacu z ejajem, więc musicie sobie ten obraz sami wyobrazić, używając inteligencji naturalnej.
Niezależnie od tego, przez który mózg stworzony — mój czy kogoś innego — mem obrazował dwa zjawiska: z jednej strony gwałtownie rosnącą w zachodnim świecie popularność medytacji, z drugiej kompletne niezrozumienie jej istoty.
Mój stosunek do tej praktyki przeszedł przez wiele faz. Najpierw długo byłam sceptyczna wobec narastającego wokół medytacji hajpu. W końcu spróbowałam, traktując ją czysto narzędziowo, i sromotnie się rozczarowałam. Nie doświadczyłam większego spokoju ani hiperfokusu. Jedynym, co zyskałam, wysiadując po turecku na wypełnionej kaszą poduszce, było zapalenie rzepki. Dopiero dużo później zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi w tym całym nieprzywiązywaniu się i nieoceniającym obserwowaniu własnych myśli i uczuć — to bowiem coś bardzo nieoczywistego dla osoby wychowanej w kulcie ego. Trudno o tym opowiedzieć. Cytując klasyka, musi pstryknąć — wtedy po prostu wiesz, o co chodzi.
Skąd wiem, że u mnie pstryknęło? Za ilustrację niechaj posłuży scenka rodzajowa z Biedronki.
Rzecz działa się w ubiegłą sobotę, około jedenastej rano. Od dawna, korzystając z dobrodziejstw nieregularnego czasu pracy, unikam robienia zakupów w godzinach zakupowego szczytu. Tym razem jednak w sobotni poranek potrzebowałam dokupić parę zapomnianych drobiazgów potrzebnych do ugoszczenia przyjaciół.
Brnę więc między alejkami w tej Biedrze, a dziki tłum kłębi się wokół mnie. Jeszcze parę lat temu miałabym już w takiej sytuacji mały wylew — uświadamiam sobie nagle. Gotowałabym się w środku, zaciskając szczęki i miotając w myślach przekleństwa pod adresem świata jako takiego. A teraz co? Spokojnie pakuję mrożoną kalafiorową, bułki oraz ogórka do koszyka i ustawiam się w ogonku! To był pierwszy Pstryk.
Gdybym jeszcze miała jakieś wątpliwości co do zmiany jakościowej, jaka zaszła w moim mózgu, po chwili pojawia się okazja, by całkowicie się ich wyzbyć.
Stoję już w długaśnej kolejce. Jednak się spieszę, więc łypię, czy szybciej będzie w kasie ludzkiej, czy w samoobsługowej. Czytniki kodów kreskowych pikają w szaleńczym tempie. Klienci drobią nerwowo w rytm beatu nabijanego przez kasjerów. Jest gorąco i duszno. I właśnie wtedy, gdzieś z okolic początków kolejki, rozlega się oburzony głos: „Taaa, towar se rozładowuje, akurat teraz, jak tu ludzie czekają!”
Czuję, jak wzbiera we mnie fala wkurwu na gardłującego ancymona. I w tym momencie słyszę kolejne pstryknięcie. Kiedyś już bym się odpaliła — dociera do mnie. Niesiona słusznym gniewem gotowałabym się coraz bardziej, aż do wybuchu, czy — bardziej prawdopodobne — implozji i szczękościsku.
A teraz po prostu spokojnie patrzę na nią, tę falę. I przesuwam przed oczami umysłu różne opcje.
Pierwszą pokusję, by gościowi odszczeknąć, porzucam w przedbiegach. Nauczona doświadczeniem wiem, że nic to nie przyniesie, poza rozwścieczeniem go jeszcze bardziej i niechybną pyskówką, w której moje argumenty o chujowych warunkach pracy ludzi w markecie, niedoborach kadrowych, wyśrubowanych normach pracy etcetera spotkają się najpewnie z jakąś odmianą Argumentu Pani Garbasowej1.
Mielę dalej. W kolejnym momencie uświadamiam sobie, że być może życie mnie trochę lepiej potraktowało niż tego gościa. Mam możliwość, by na co dzień unikać tłumów w marketach. Mogę sobie pozwolić na czytanie artykułów, wyrabianie sobie opinii, ćwiczenie się w budowaniu logicznej argumentacji. Dysponuję różnymi typami kapitału, których typ być może nie posiada w takiej ilości.
Gdy jeszcze chwilę obracam temat w głowie, przychodzi kolejna refleksja: być może ten rzucający gburowane uwagi facet pada na pysk, bo rąbie na dwa etaty żeby związać koniec z końcem, a teraz jest sobota, baba go wysłała na zakupy, a on jedyne, o czym marzy, to się walnąć na kanapie i w końcu odsapnąć? Robi mi się go nawet trochę żal.
Gdy rozciągnęłam te procesy myślowe na akapity, wydawałoby się, że stałam w tej kolejce w nieskończoność, z twarzą nieruchomą niczym zawieszony Windows, ale tak naprawdę zajęło mi to wszystko ułamek sekundy. I pozwoliło podjąć decyzję, z której jestem zadowolona.
To właśnie daje mi medytacja. Nie chodzi o oświecenie, nirwanę ani błogostan znaczony nieustannym bananem na ryju. Największym zyskiem płynącym ze żmudnych ćwiczeń polegających na obserwowaniu tego, co się we mnie kłębi, jest możliwość zatrzymania tego automatycznego odruchu i sprawdzenia, o co mi w danej sytuacji naprawdę chodzi.
I nie, nie płynę przez każden jeden dzień na różowej chmurce rodem z Troskliwych Misiów, z błogim uśmiechem na twarzy. Gdy coś mnie wkurwi, przeżywam ten gniew. Z tym, że nie odpalam od razu odruchowym bluzgiem wprost z pierwotnej części mózgu. Dzięki temu w pocie czoła wypracowanemu skillowi mam szansę zastanowić się, o co w tej sytuacji chcę najbardziej zadbać. Wtedy mogę zobaczyć, czy ta pierwsza, automatyczna reakcja rzeczywiście daje mi na to szansę.
W tej konkretnej sytuacji uświadomiłam sobie, że chodzi mi o wsparcie kasjerki. Dzięki wciśniętej pauzie miałam też szansę się zorientować, że mój pierwszy odruch — pyskówka — raczej sprawi, że wszyscy wylądujemy trochę głębiej w dupie. Być może przez chwilę poczuję się lepiej, bo sobie ulżę, wylewając na gościa swoją złość, ale ani na trochę nie przybliży mnie to do celu. On się odpali, ja się nakręcę, wszyscy dostaną odłamkami. Świat stanie się odrobinę gorszym miejscem.
Zamiast więc wejść z typem w dyskusję skazaną na „chciałam dobrze, wyszło jak zawsze”, uśmiecham się ciepło do kasjerki, wymieniam z nią porozumiewawcze spojrzenia i życzę jej dobrego dnia.
Znajomy opowiadał mi ostatnio, jak jego matka, kobieta znerwicowana i kontrolująca, wtrąca się w jego życie rodzinne. “Żona się wścieka, a mnie to już nie rusza” — wyznał mi. — “Lata doświadczenia nauczyły mnie, że nie warto pozwalać chomikom w jej głowie odpalać moich.”
Dokładnie tego nauczyła mnie medytacja: powstrzymywania odruchowego kręćka chomiczych kółek pod czaszką gdy ktoś zrobi coś, co mi się nie podoba. Wolność od nakręcania spirali negatywnych emocji i automatycznego reagowania na niezależne ode mnie wydarzenia — to dla mnie najdoskonalsza forma wolności.
- Mój pradziadek, człowiek inteligentny i obyty, wdał się kiedyś w dyskusję z prostą wiejską kobitą, niejaką panią Garbas. Źródła rodzinne milczą na temat przedmiotu dyskusji, wiadomo tylko, że pradziadek próbował przekonywać ją do swojej racji, wytaczając kolejne działa logiki. Interlokutorka kontrowała, temperatura sporu rosła. W końcu, gdy zabrakło jej argumentów, odwróciła się tyłem, podkasała kieckę i pokazała mu rzyć. Zaskoczony pradziadek skonstatował, że nie miała majtek.
Odtąd w mojej rodzinie tego typu Argument Ostateczny, przekazywany zarówno w formie fizycznej jak i werbalnej, określany jest mianem „Argumentu Pani Garbasowej” ↩︎