O wyborach

Idziemy z mężem i psem przez moją rodzinną wioskę na zachodniej flance. Nagle w kadrze pojawia się zakurzona, długowłosa postać na sfatygowanym rowerze. Lico ma ogorzałe, na garbie bezkształtny plecak obciągnięty workiem przeciwdeszczowym w kolorze brudu, z kierownicy zwisają liczne manele, tej samej barwy. W ogóle kolor brudu dominuje w tym obrazku. Z początku biorę go za osobnika utrzymującego się z wygrzebywania z wiat śmietnikowych aluminiowych puszek, trochę mi jednak nie pasuje do kontekstu — ta profesja, którą skądinąd bardzo cenię, nie ma racji bytu w miejscowości o tak ograniczonym rynku; w całym Łagowie zebranych do kupy śmietników jest może z piętnaście.

Wkrótce zagadka się wyjaśnia, bo postać, zrównawszy się z nami, zatrzymuje swój chybotliwy pojazd i z silnym akcentem nieznanego pochodzenia kieruje w naszą stronę sakramentalne “Do you speak English?”. Na stanowisku terenowego specjalisty do odzysku surowców wtórnych rzadko wymagane są języki obce i rzeczywiście — okazuje się, że chłopak jest podróżnikiem. Francuz z pochodzenia, wyruszył z Amsterdamu, a za cel obrał Indie. Chce poznać kulturę, skąd pochodzi joga, którą praktykuje. Ożywia się, gdy odpowiadamy twierdząco na jego zaczepkę i pyta o najbliższy market. Wyposażamy go w szczegółowe instrukcje dotarcia do Biedronki i nasz globtrotter rusza wolno w dalszą drogę.

Mijamy go dwa dni później, na krajówce do Poznania. Daleko chłopak nie ujechał. My zjeżdżamy z drogi, żeby odwiedzić znajomą na leśnej farmie, pomiziać zwierzątka (trafia mi się pięciodniowa kózka!) i zaopatrzyć się w domowej roboty sery. Po jakichś dwóch godzinach wytarabaniamy się z bocznej leśnej dróżki z powrotem na dziewięćdziesiątkę dwójkę. I po chwili wyprzedzamy naszego bohatera po raz kolejny! Zaiste, nie spieszy mu się, pedałuje w spacerowym tempie, nieświadomie ilustrując podwójne znaczenie słowa “wolny”. Patrzę na niego z lekką zazdrością, bo sama, ograniczona zobowiązaniami, czuję już presję czasu na karku.

Spotykając go, trzeci już raz w ciągu tych dwóch dni i prawdopodobnie ostatni w życiu, machamy mu z okna. Odprowadza nas wzrokiem, w którym, wydaje mi się, również dostrzegam nutkę zazdrości. I wtedy przypomina mi się wspaniały cytat z Mrożka:

„Każdy wędrowiec, choć wybrał swój los i nie zamieniłby go na inny, ma taką chwilę, kiedy przechodząc przez wieś o zmierzchu i widząc przez okno izbę, gdzie rodzina zasiada do stołu w kręgu lampy, odczuwa strach przed przyszłością, żal za przeszłością i niepewność, czy wybrał właściwie. Wtedy chciałby rzucić w szybę kamieniem. Na pozór po to, by zniszczyć obraz, który uważa za głupi i niedorzeczny. A naprawdę po to, żeby dodać sobie odwagi. Nie wie, że jednocześnie ktoś obserwuje go z głębi domu. Ktoś, kto widząc włóczęgę, zazdrości mu wędrówki, bo sam siedzi przez całe życie w tej samej izbie, ciepłej i przytulnej, ale za to w bezruchu i nudzie. I ten ktoś ma ochotę wyjść przed dom i rzucić w wędrowca kamieniem1


  1. Stawomir Mrożek „Varia. życie i inne okolicznosci” ↩︎
Scroll to Top