Oko mi zaczęło latać. „To brak magnezu” – mówi mój mąż. „Musisz sobie kupić magnez”.
No to idę do apteki i mówię pani: „Poproszę taki magnez, co się go bierze, jak oko lata”.
Miła pani wyciąga z półki opakowanie z końską dawką, a druga uśmiecha się i mówi: „To na deser?”
O co jej chodzi – durnieję na chwilę, a zaraz potem zauważam jej palec wycelowany w dwie kilogramowe paczki lavazzy, które piastuję w ramionach jak bliźnięta jednojajowe (promka w Biedrze była).
No tak. Guilty as charged. Uśmiecham i pytam pani farmaceutki: „To jak ten magnez brać, przed czy po kawie?” „Jakoś pomiędzy proszę próbować” – wzdycha.
Tak, wiem, że kawa wypłukuje magnez. Tak, wiem, że są zdrowsze sposoby na pobudzenie. I jednocześnie wiem, że z niej nie zrezygnuję. Za bardzo ją lubię.
Z badań, które zaprzeczają jedne drugim, z uporem maniaka wyłuskuję te potwierdzające zbawienny wpływ kawy na układ krążenia, serce i odporność, z rozmysłem ignorując te, które mówią o szkodliwości mojej gorzkiej przyjaciółki.
Podejmowałam parę prób ograniczenia tego nałogu oraz rzucenia go w cholerę. Jak mnie zamknęli w ośrodku (no dobra, sama się zamknełam, żeby w końcu zacząć medytować, a nie planować w myślach, co zrobię, jak skończę medytować) na dwa tygodnie bez dostępu do kofeiny, przeżyłam i nawet nie zdemolowałam celi, ale pierwsze, co zrobiłam po powrocie, to trzy kawy duszkiem.
Pogodziłam się już z tym, że będziemy ze sobą, dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Pozdrowienia znad trzeciego kubka!