Nie wszystko jest po coś

– Olga, zaśpiewaj coś!

– Spierdalaj!

Kocham moich przyjaciół. Ale gdy proszą, żebym im coś zaśpiewała (co zdarza się regularnie, odkąd dowiedzieli się, że biorę lekcje wokalu) cięta riposta wujka Janka to pierwsze, co ciśnie mi się na język. Nie wypowiadam jej na głos, jestem jednak nieco zbyt kulturalną osobą. Ale co sobie pomyślę, to moje.

Muzyka jest w moim życiu odkąd pamiętam. Rzępolenie na keybordzie. Granie kolęd na jasełkach w podstawówce. Gitara, do której zniechęcił mnie nauczyciel – nie ma to jak powiedzieć nastolatce, że ma “dobrze umięśnioną rączkę”. No i perka w liceum. Dodawała +100 do fajności – odbiłam sobie zniewagi gitarowego dziadygi.

Moja pierwsza kapela. Spiknęliśmy się chyba we trójkę – koleżanka z klasy na wokalu, kumpel na gitarze i ja za garami. Sala prób w obskurnym i odrapanym, dawno już wyburzonym budynku zielonogórskiego kina “Estrada”. Graliśmy “Stairway do heaven” – przysypiałam przez pierwsze cztery minuty, czekając na frazę, “And the forests will echo with laughter”, po której w końcu wchodziły bębny.

Potem było jeszcze kilka kapel – z jedną nawet nagrałam kilka kawałków – ale gdzieś zagubił się fan. “To moja presja” – śpiewał Kękę. Chciałam być dobra. Chciałam być fajna. Chciałam, żeby innym się podobało. Ciśnienie odbierało całą radość.

Ale jest taka jedna muzyczna rzecz, która od zawsze sprawia, że gęba mi się śmieje szeroko jak Kanadyjczykom w South Parku. Jest nią darcie japy.

Śpiewam od zawsze i wszędzie. Na spacerach z psem – na osiedlu, w parku, w lesie. Na wyłożonych dywanem korporacyjnych korytarzach. No i oczywiście w chacie – wtedy to się już zupełnie nie ograniczyam, drę ryja na całe gardło. Kiedyś przyjaciółka mnie naszła w trakcie brawurowego wykonu “Niech żyje bal” – nie słyszałam, jak wchodzi, bo jeździłam do rytmu odkurzaczem.

Wtedy, w liceum, prawie się zapisałam do klasy wokalu, ale ostatecznie skusiła mnie perkusja. Po z górą 20 latach odgrzebałam stare marzenie. Na pierwszym spotkaniu mój nauczyciel zapytał mnie, po co chcę się uczyć śpiewać. “Dla siebie” – odpowiedziałam. I nie była to kokieteria. W końcu pozwoliłam sobie na niepotrzebne tworzenie – i nie dam sobie odebrać tej radochy poddawniem jej jakiejkolwiek ocenie, dopóki nie będę miała na to ochoty.

Scroll to Top