Marcin Rydliński: Świadomość, że realizujesz swoje marzenie, wynagradza wszystko.

Ten artykuł jest częścią mikroserii wywiadów podróżniczych wygrzebanej z internetowych wykopalisk. Tutaj przeczytasz genezę cyklu i znajdziesz pozostałe rozmowy.

Marcina znam z tzw. podwórka, chociaż różnica wieku między nami była na tyle duża, że nigdy tak naprawdę się nie kumplowaliśmy. Zapamiętałam go jako starszego brata koleżanki, który gdzieś tam się przewijał na marginesach mojego świata. Ja dla niego byłam zapewne równie mało charakterystycznym elementem rozwrzeszczanej masy dzieciarni, kotłującej się na placu zabaw. A potem porozjeżdżaliśmy się po świecie.

Wiedziałam, że Marcin studiował, jak ja, we Wrocławiu, ale przesunięcie wieku było akurat takie, że się nie spotkaliśmy. Obiło mi się też o uszy, że pływa na żaglach. Oraz że wyjechał do Londynu.

Radosny chłopak w kolorowych szortach

Kilka lat temu Babcia, zdając mi przez telefon relację z najświeższych wydarzeń w mojej rodzinnej miejscowości, doniosła, że Marcin zostawił dobrą pracę w Londynie i wraz ze swoją dziewczyną wyruszył w świat jachtostopem. Nastawiłam uszu, ale plotka z trzeciej ręki nie zawierała zbyt wielu szczegółów. Od tamtej pory wciąż miałam ochotę z Marcinem porozmawiać i wypytać go o tę podróż.

Seria wywiadów podróżniczych, nad którą ostatnio pracuję, okazała się odpowiednim pretekstem, żeby w końcu nawiązać kontakt i porozmawiać – po przeszło 20 latach!

Mapa żeglarskiej podróży Marcina

Skąd wziął się pomysł na podróż jachtostopem?

Na studiach działaliśmy z Agą intensywnie w środowisku żeglarskim. Co roku latem organizowaliśmy obozy na Mazurach, a jesienią, we Wrocławiu spotykaliśmy się z innymi żeglarzami na festiwalu szantowym. A tam, wiadomo, przy dobrej zabawie, wszyscy snują żeglarskie marzenia i chcą płynąć dookoła świata. Gdy jednak przychodzi poniedziałek, trzeba iść do szkoły albo do pracy, to entuzjazm opada i rzadko kto się w tę podróż wybiera.

Nam też się różnie w życiu układało, ale to marzenie cały czas w nas siedziało. Skończyliśmy studia, wyjechaliśmy do Anglii i pomysł został na jakiś czas zapomniany, ale w pewnym momencie powrócił. Chcieliśmy zacząć od mniejszych rzeczy, podróż dookoła świata wydawała nam się poza zasięgiem naszych możliwości. Planowaliśmy popłynąć najpierw na Morze Śródziemne, potem przeskoczyc Atlantyk, zobaczyć, co z tego będzie i może potem ruszyć gdzieś dalej. Zarejestrowaliśmy się na portalu żeglarskim, który pozwala na komunikację między właścicielami jachtów a potencjalnymi załogami.

Co to za portal?

Find a crew.

I udały Wam się te małe wypady?

Nie, bo dostaliśmy od razu propozycję 9-miesięcznego rejsu przez Pacyfik. Para starszych Amerykanów (okazali się mormonami), która była właśnie w podróży dookoła świata – opłynęli już Amerykę, Karaiby i przepłynęli kanał Panamski – zaproponowała nam przyłączenie się do nich na odcinku Panama – Nowa Zelandia.

Jak się wtedy poczułeś?

To był niesamowity skok adrenaliny i masa wątpliwości. Zupełnie się nie spodziewaliśmy takiego obrotu spraw, nie wiedzieliśmy, co zrobić i jak to ugryźć. Kiedy dostaliśmy maila z tą propozycją, był styczeń. Spędzaliśmy Sylwestra u przyjaciół żeglarzy, którzy taką samą trasę zrobili przed nami i oni bardzo nas na ten rejs namawiali, przekonywali, że taka szansa może się długo nie powtórzyć, a ta trasa jest jedną z najpiękniejszych tras żeglarskich na świecie.

Ile mieliście czasu żeby podjąć decyzję?

Dowiedzieliśmy się 1 stycznia, 28 lutego musieliśmy już wylecieć do Panamy. Oni czekali w Panamie na początek marca, bo wtedy wszyscy ruszają przez Pacyfik z passatem. Ale potwierdzenia od nas, że się na to decydujemy, chcieli dużo szybciej, zażyczyli sobie przesłania kopii biletów lotniczych w ciągu dwóch tygodni. Więc mieliśmy niecałe 2 miesiące, żeby się zorganizować, ale decyzję podjąć musieliśmy niemal natychmiast. Pierwsze 2-3 noce nie spaliśmy w ogóle, milion myśli na sekundę. Mieliśmy świadomość, że taka gratka może nam się już życiu nie trafić, bo Przeskoczyć Atlantyk jest dużo łatwiej niż Pacyfik, z różnych względów, przede wszystkim logistycznych – dużo bliżej, krócej. Ja szczerze mówiąc byłem już wtedy tak wykończony swoją pracą, trybem życia, że długo mnie namawiać nie było trzeba. Gdy jednak zaczęliśmy na spokojnie myśleć i planować co trzeba zrobić, jak swoje życie przeorganizować, to wtedy się zaczęły schody.

Jakie przeszkody musieliście pokonać? Czy problemem było zostawienie pracy, rodziny?

Nasze rodziny i tak już zostawiliśmy w Polsce, więc temat rozstań odpadał. Pozostawały tylko takie praktyczne względy typu wynajem mieszkania, pozamykanie spraw zawodowych, rozwiązanie umów o prąd, telefon, pozbycie się całej masy niepotrzebnych gratów – to były jedyne przeszkody.

A jaka była reakcja rodziny na Twój pomysł?

Mój tato, jak mu to powiedziałem przez telefon, zamilkł. Usłyszałem, jak relacjonuje mamie: „Rzuca pracę, żeby płynąć dookoła świata. Chyba go popie…”.

Dla pokolenia naszych rodziców to chyba naprawdę abstrakcja. Dla nich praca w jednym miejscu przez całe życie to była norma. Na jakim etapie kariery zawodowej wtedy byłeś?

Pracowałem w Anglii od 4 lat, dokładnie po swoim kierunku, ale pracy miałem dosyć, więc to, żeby ją rzucić, nie było dla mnie problemem. Firma się nie zgodziła na tzw. career break dłuższy niż 3 miesiące, więc podziękowałem. Adze udało się dostać urlop bezpłatny na rok.

I rozumiem, że skorzystaliście z tej oferty 9-miesięcznej podróży?

Tak, z tym że to nie do końca tak wyszło, jak zakladalismy. Udało nam się dopłynąć jednym jachtem z Panamy na Markizy – to jedne z najbardziej oddalonych od stałego lądu wyspy świata – i tam wysiedliśmy.

Dlaczego?!

Okazało się, że to, na co się z właścicielem łódki umawialiśmy, nie miało pokrycia w rzeczywistości. Począwszy od tego, że wyposażenie łódki było zupełnie inne niż w ogłoszeniu – i nie chodzi mi o brak luksusów, tylko o takie podstawy, jak słodka woda do picia i do mycia, tudzież system nawigacyjny i parę innych drobiazgów…

Nie mieliście wody i systemu nawigacyjnego? To jak wy płynęliście??

Jakiś tam system był, ale bez aktualnych map, bo pan oszczędzał na aktualizacjach. W dodatku cała nawigacja była zainstalowana na jednym laptopie, co nie było rozsądne, bo gdyby on padł, to zostalibyśmy na morzu bez żadnej nawigacji.

Może wstręt do technologii wynikał z reguł narzuconych przez religię?

Chyba nie. Ich mormońskość miała odzwierciedlenie głównie w żywieniu. Poza tym jak ktoś pływa jachtem po oceanach, to może wierzyć w cokolwiek, ale żaden bóg mu nie pomoże, jak nie będzie mieć sprawnego sprzętu i dobrych map.

Powiedziałeś też, że brakowało słodkiej wody. To jak się w takim razie myliście i co piliście?

Mieliśmy wodę, ale ściśle wydzielaną. Co 5 dzień mogliśmy wziąć prysznic, co oznaczało, że dostawaliśmy 2,5l słodkiej wody, żeby się spłukać po kapieli w morskiej wodzie. Były to absurdalne obostrzenia w dzisiejszych czasach, gdy praktycznie każdy jacht, który pokonuje takie dystanse, ma odsalarkę. Ten zresztą też miał, tylko facetowi szkoda było paliwa, które zużywał agregat…

Aha, już powoli rozumiem, na czym polegało to niedogadanie. I co, wtedy postanowiliście go z