Ten artykuł jest pierwszym z mikroserii wywiadów podróżniczych wygrzebanej z internetowych wykopalisk. Tutaj przeczytasz genezę cyklu i znajdziesz pozostałe rozmowy.
Niniejszym otwieram cykl wywiadów z osobami, dla których podróżowanie to ważny element życia. Chcę się dowiedzieć, jak znajdują przede wszystkim czas, ale też odwagę, determinację i środki, na częste, dalekie wyjazdy, co im daje jeżdżenie po świecie i jak się czują, kiedy nie są w podróży. Na pierwszy ogień idzie absolutnie wyjątkowa osoba, Ela Tiszczenko. Zapraszam serdecznie!

Elę poznałam w malezyjskim parku narodowym Taman Negara. Gdy mijaliśmy się na szlaku wiodącym przez najstarszy las równikowy na świecie, usłyszała, że rozmawiamy po polsku i zaczepiła nas z taką samą swobodą, z jaką zagadywała lokalsów w kolejnych wioskach i turystów w hostelowych świetlicach. Resztę dnia, wieczór przy ognisku oraz nocleg pod pełnym dziwnych odgłosów puszczańskim niebem, spędziliśmy razem.
My byliśmy wówczas na 2-tygodniowym wypadzie z przyjaciółmi, ona właśnie przyjechała z Indonezji i była w drugim miesiącu podróży. Nie wiedziała, ile jej ta podróż zajmie, jaka dokładnie będzie jej trasa, czym będzie jechała, co zobaczy po drodze. Miała sprecyzowany tylko kraj docelowy – Nepal – i wiedziała, że chce przejechać przez Malezję, Tajlandię, Laos i Wietnam.
Słuchaliśmy jej z zafascynowaniem i zazdrością, my, etatowcy, na wyszarpanym z bólem urlopie, zaliczający w świńskim pędzie kolejne punkty na mapie. Ona niespiesznie smakowała klimat każdego nowego miejsca, a jeśli jej się spodobało – zostawała dłużej, wynajmowała skuter i snując się, poznawała okolicę.
Kiedy wpadłam na pomysł tego cyklu, Ela była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Tak się szczęśliwie złożyło, że mieszka teraz w Warszawie, odkurzyłam więc facebookowy kontakt i poprosiłam ją, żeby odpowiedziała mi na kilka pytań. Umówiłyśmy się w sympatycznej żoliborskiej kafejce w Forcie Sokolnickiego.
Wchodząc do kawiarni, wpadam na Elę i prawie jej nie poznaję. Elegancka, w płaszczu i modnych okularach, zupełnie nie przypomina tamtej opalonej na ciemny brąz dziewczyny w zakurzonych szortach, chustce na głowie i brudnych sandałach. Ale oczy ma wciąż te same – roześmiane, zawadiackie.
– Dobrze trafiłaś, odzywając się teraz, niedługo wyjeżdżam na miesiąc do Nepalu, więc tak naprawdę zaraz wpadnę w wir przygotowań – mówi na przywitanie.
– Jak Ty to robisz? Nie pracujesz na etacie, prawda? Ale z tego co pamiętam, pracowałaś w HR-ach, to się chyba nie da z domu? Zmieniłaś branżę?
– Pracuję – uśmiecha się – Na etacie, w tej samej branży. Po prostu biorę długie urlopy.
– I dają Ci? – nie dowierzam
– Dają. Oczywiście, nie jest tak łatwo. Muszę używać całego arsenału środków. Od próśb i zaklinania, poprzez argumenty logiczne, po straszenie kodeksem pracy. A znam go dobrze, w końcu to moja działka. Czy wiesz, że w prawie pracy jest napisane, że na wniosek pracownika urlop może być podzielony na części. Może! Na wniosek pracownika! Czyli teoretycznie przysługuje Ci te 26 dni w jednym kawałku. Wiadomo że nie są szczęśliwi. Cierpliwie im tłumaczę, że nic się przez ten miesiąc nie zawali, że przekazałam swoje obowiązki, niektóre rzeczy mogą poczekać. Zresztą, gdyby było tak, że beze mnie się wali, to by znaczyło, że firma źle funkcjonuje. Zawsze mogę przecież zachorować i co wtedy? Ale też uczciwie ostrzegam od początku, od razu na rozmowie kwalifikacyjnej, że ja biorę długie urlopy. Mają wybór – albo się decydują na takiego pracownika, albo nie. No więc, tym razem też, jak zwykle, lekko nie było, szefowa kręciła nosem, ale się w końcu zgodziła dać mi ten miesiąc na Nepal.
– Ale dlaczego Nepal, nie dojechałaś do niego wtedy? Pamiętam, że to miał być ostatni punkt Twojej podróży.
– Dojechałam. Było cudownie i już wtedy stwierdziłam, że muszę wrócić. Miałam pojechać w zeszłym roku, już w zasadzie było postanowione, ale para Belgów, których poznałam właśnie w Nepalu i z którymi ciągle utrzymuję kontakt, bardzo fajni ludzie, postawiła mnie przed faktem dokonanym. Zadzwonili z informacją, że jadę z nimi do Afryki. Zaprotestowałam, bo już miałam zabukowany miesięczny urlop i prawie kupiłam bilety. <<No to świetnie się składa, akurat na ten miesiąc pojedziesz z nami do RPA. A do Nepalu polecisz następnym razem>> powiedzieli. Bardzo ich polubiłam, więc poszłam na to – przesunęłam lekko urlop i pojechałam do Afryki. Absolutnie nie żałuję, bo było super. No, ale teraz przyszedł w końcu czas na ten wyczekany Nepal.
– A co Ci się tak spodobało w Nepalu?
– Wiesz, ja uwielbiam góry. Tam są, wiadomo, Himalaje – widoki absolutnie nieziemskie, zawsze coś cię zaskoczy. Wtedy byłam w Katmandu, Pokarze, w rejonie Annapurny, w Parku Narodowym Chitwan na południu, a teraz jadę w inne miejsce. Trekking w Himalajach jest bardzo wymagający, musisz wszystko dobrze zaplanować, wziąć pod uwagę optymalną trasę, pogodę, właściwą aklimatyzację, która minimalizuje skutki choroby wysokościowej, a ja lubię takie wyzwania. Nepal to jedno z takich miejsc, do którego na pewno będę wracać.
– No dobrze, a jak to się właściwie stało, że mieszkasz teraz w Warszawie? Kiedy Cię poznaliśmy, mówiłaś, że mieszkasz we Wrocławiu. Nie rozumiem, jak można chcieć wyjechać z Wrocławia!
– Właściwie trafiłam tu przez przypadek, nie planowałam tego. Ale do Wrocławia nie chciałam wrócić i tak. Wiesz, gdybym wróciła do miejsca, z którego wyjechałam, to by było takie definitywne zakończenie podróży, twarde lądowanie. Nie chciałam z powrotem wejść do tej samej wody, więc wiedziałam, że po powrocie będę szukała nowego miejsca, żeby mieć poczucie, że kontynuuję podróż, no i w zasadzie samo się tak złożyło. Kiedy wróciłam wtedy z Azji, był początek 2015 roku. Przyleciałam do Londynu i pomyślałam, że jeszcze chwilę tam zostanę. Taka aklimatyzacja, żeby złagodzić szok po kilkumiesięcznej przerwie – wiesz, jeszcze jestem w podróży, ale już w cywilizacji. Nie spieszyło mi się do codzienności. Po powrocie z Londynu moi przyjaciele mieszkający w Warszawie, którzy właśnie planowali dłuższy urlop, poprosili mnie, żebym zaopiekowała się w tym czasie ich psem Solarem. Zgodziłam się, bo co mi w końcu szkodziło, i przyjechałam do Warszawy. Zanim oni wrócili, miałam już pracę.
– No właśnie, ubiegłaś mnie, bo to było jedno z moich pytań. Opowiedz, jak to się stało. W końcu ludzie szukają pracy miesiącami. Strach przed brakiem pracy po powrocie to jest też chyba jedna z głównych przyczyn, która powstrzymuje ich przed takim wyjazdem na dłużej.
– To było tak, że chodziłam z Solarem na spacery po Żoliborzu i bardzo mi się tu spodobało: zielono, niska zabudowa, taka sympatyczna wioska. Przeszło mi przez myśl, że mogłabym tu mieszkać i dalej chodziłam na spacery, no, ale ile tak można chodzić, dosyć szybko zaczęłam się nudzić. Pomyślałam, że porozsyłam CV, tak kontrolnie. Z paru miejsc się odezwali, poszłam na jedną, drugą rozmowę kwalifikacyjną no i zaproponowali mi pracę. Kiedy znajomi wrócili, oświadczyłam im w drzwiach, że zostaję – śmieje się. – Ale słuchaj, to jest niesamowita historia, bo ja naprawdę mieszkam teraz na Żoliborzu, w dodatku w tej samej kamienicy!
– Jak to możliwe? Znajomi Cię nie wyrzucili?
– Nie no, mieszkam piętro niżej. To było tak, że się uparłam, stwierdziłam, że po prostu muszę mieszkać na Żoliborzu! Lokalizacja piękna, parę przystanków metrem do pracy, żyć nie umierać! Absolutnie nie uśmiechała mi się przeprowadzka. Siedziałam więc całymi dniami na tych wszystkich gratkach, aż w końcu trafiłam na mieszkanie, które miało prawie taki sam widok z okna jak nasz. W pierwszej chwili nie mogłam w to uwierzyć. Przyleciałam z krzykiem do znajomych, zaczęliśmy analizować, pod jakim kątem jest zrobione zdjęcie i ustaliliśmy bez pudła, które to mieszkanie. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że w kamienicy prawie wszyscy się znamy, większość mieszkań jest wynajmowana przez takich ludzi jak my, to prawie jak komuna. Wpadamy do siebie nawzajem, pilnujemy swoich zwierzaków podczas wyjazdów. Zdziwiliśmy się, że kolega się nie przyznał, że się wyprowadza, ale faktycznie, mieszkanie było wolne, pokryte typowo kawalerskim nalotem: zaskorupiały brud, zaduch, ale się nie zastanawiałam długo. Od razu zadzwoniłam do właścicielki i udało się!
– No widzisz, miałam Cię zapytać, jak się czułaś po powrocie, czy łatwo Ci było wrócić do rutyny, ale widzę, że wszystko przewidziałaś i zadbałaś o to, żeby nie wpaść w stare koleiny. No dobra, to może zacznijmy od początku. Co Cię w ogóle zainspirowało do długiej samotnej podróży? Przykład kogoś z rodziny lub znajomego? Naczytałaś się podróżniczych książek w dzieciństwie? Czy może jeszcze coś innego?
– Wiesz, to jest trochę tak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zawsze lubiła