Świetna zabawa

Generalnie nie pocę się jakoś szczególnie. Pod wpływem z rzadka aplikowanego wysiłku fizycznego lub w wyjątkowo zjadliwym upale czoło i zagłębienia pod pachami wilgotnieją mi lekko bezwonną rosą. Są jednak momenty, kiedy spływam potem obficie i bynajmniej nie bezzapachowo. Wręcz przeciwnie, wali skunksem. Tak śmierdzi mój strach.

Niedawno po raz kolejny spociłam się jak mysz, tym specjalnym śmierdzącym rodzajem potu, który niezawodnie pokazuje mi, że boję się jak cholera. Miałam wyjść do pierwszej scenki na kursie impro. Bodajże szóstym, na który się zapisałam.

Po co pani chodzi na ten teatr improwizowany, skoro się pani tak boi? — zapytała mnie kiedyś terapeutka. No właśnie, po co? Bo chcę się przestać bać. Bo jest tam super fajna ekipa. Bo to świetna zabawa. Świetna zabawa, powiadasz?

Mój przyjaciel, cudownie bezwstydny tchórz (zarobił na studiach ksywkę “The Chicken”, odmawiając przejścia przez ciemny lasek), ma jasną definicję dobrej zabawy. Dobra zabawa obejmuje, według niego, zajęcia bezpieczne, powolne i precyzyjne, takie jak dłubanie w starych samochodach. Na drugim biegunie lokuje aktywności ryzykowne, przykładowo skakanie ze spadochronem. To, jego zdaniem, czysty idiotyzm. Na pływanie żaglówką przystał dla towarzystwa, ale był najteligentniejszym balastem świata — w lot pojął zasady i po każdym zwrocie bez słowa instrukcji błyskawicznie przesiadał się w miejsce najbardziej oddalone od spienionej tafli wody.

Impro to naprawdę świetna zabawa — inteligenta, spontaniczna, rozwojowa. Z tym, że nie dla mnie. Ja się boję występować przed ludźmi i najwyraźniej teatr improwizowany mnie z tego nie leczy. Idzie za bardzo pod włos mojemu charakterowi. Dla mnie świetną zabawą jest to, co wielu osobom wyda się pewnie mordęgą — długie godziny spędzane we własnej głowie, samotne ślęczenie nad laptopem i gorączkowe walenie w klawiaturę.

Najpiękniejsze życzenia czterdziestkowe złożyła mi dawna znajoma ze studiów: „Przed tobą najlepsza dekada życia” — powiedziała. “Już znasz siebie: w czym jesteś dobra, co lubisz, a czego nie, i jednocześnie już masz wyjebane, co inni pomyślą.”

Rzeczywiście, weszłam w tę dekadę, odcinając jak szalona kolejne projekty, które mnie drenowały, coraz śmielej olewając to, co sobie inni o mnie pomyślą. Najtrudniejsze okazało się zignorowanie opinii osoby, której nie podejrzewałam o taką zaciekłość w mówieniu mi, co mam robić.
Byłam nią ja sama.

Odkryłam, że łatwiej mieć wyjebane na to, co myślą inni. Znacznie trudniej olać to, co sama o sobie myślę.

Powoli, powolutku, zaczynam czuć, że już nie muszę nic udowadniać, nawet samej sobie. Dlatego po pierwszych zajęciach odstąpiłam swoje miejsce na kursie impro komuś, kto się będzie lepiej bawił. Sama wracam do czynności, przy których na pewno się nie spocę.

Scroll to Top