Hubert Stuczyński: Kiedy już raz posmakowałeś nieograniczonej czasem podróży, nie zadowolą cię dwutygodniowe wakacje

Ten artykuł jest częścią mikroserii wywiadów podróżniczych wygrzebanej z internetowych wykopalisk. Tutaj przeczytasz genezę cyklu i znajdziesz pozostałe rozmowy.

To niesamowite: odkąd wpadłam na pomysł serii podróżniczych wywiadów, w cudowny sposób pojawiają się na mojej drodze kolejne ciekawe postacie. Namiar na Huberta dostałam od mojej poprzedniej rozmówczyni, Eli Tiszczenko. Wiem o nim tylko tyle, że na rowerze przejechał samotnie pół Azji. A może – aż tyle. Zdzwaniamy się i okazuje się, że Hubert jest właśnie w trakcie przeprowadzki do Warszawy. Umawiamy się na rozmowę, kiedy już zapakuje swoje życie w pudła i przewiezie do stolicy. W międzyczasie przeglądam bloga Huberta i upewniam się, że warto z nim porozmawiać.

Poznałam Cię jako postać pojawiającą się na moment w podróżniczej historii Eli. A jaka jest Twoja opowieść o podróży? Jak to się stało, że podróżowanie pojawiło się w Twoim życiu – za sprawą ludzi, a może książek z dzieciństwa?

Zaczęło się od książek o Tomku – kojarzysz? “Tomek w krainie kangurów”, na tropach yeti itd.

Oczywiście, seria Alfreda Szklarskiego! Uwielbiałam je prawie tak samo, jak „Pana Samochodzika” i wszystkie inne książki dla małych chłopców.

No właśnie. Zaczytywałem się w tych książkach i to chyba zasiało pierwsze ziarno. Większość tomów dostałem nawet podwójnie – ewidentnie dziadek z wujkiem nie konsultowali prezentów dla mnie. Chyba obaj chcieli mi miłość do podróży wszczepić za młodu. Nawiasem mówiąc, słyszałaś, że Szklarski podobno nigdy nie wyjechał z kraju? On te wszystkie dalekie kraje opisywał na podstawie encyklopedii. To jest też trochę powód, dla którego ja podróżuję – mam to szczęście, nie wszystkim niestety ­­­dostępne, że mój paszport umożliwia mi przekraczanie większości granic. Skoro mogę, to uważam, że należy to wykorzystywać. Marzy mi się, żeby ludzie z tych miejsc, które odwiedziłem, a którzy teraz nie mogą wyjechać poza granice swojego kraju, też mieli takie możliwości. Chciałbym kiedyś móc ich ugościć u siebie, tak jak oni gościli mnie.

Więc zaczęło się od książek. A czy ktoś z Twojej rodziny, przyjaciół, podróżował?

Mam takich ‘wujków’, znajomych rodziny, którzy bardzo dużo jeździli po świecie. Nie byli jakimiś hipisami, normalnie pracowali, zbudowali dom. Z tym, że prawie w tym domu nie mieszkali, bo każdą wolną chwilę poświęcali na podróże. Ciągle gdzieś wyjeżdżali. Podobało mi się to. Też tak chciałem. Trochę żałuję, że nie wyjechałem jeszcze na studiach, kiedy miałem dużo czasu, ale z drugiej strony nie chciałem się wozić za pieniądze rodziców. Tak naprawdę cieszę się, że kiedy w końcu pojechałem, to za własne fundusze, na własnych zasadach.

No dobrze, ale mimo że wielu ludzi wyjeżdża często na wakacje, to jednak rzadko kto od razu na półtora roku. Skąd Ci się wziął pomysł na taką długą wyprawę?

Z poczucia, że już dłużej nie mogę patrzeć na mapy i wyobrażać sobie tych wszystkich miejsc, których nie zobaczę, nie odwiedzę, pracując i korzystając tylko z urlopów. Chciałem zobaczyć ten cały świat, który znajduje się pomiędzy miejscami popularnymi dla turystów – niech nawet będzie zwyczajny, ale odkryty “własnoręcznie”.

Pamiętam taki moment olśnienia, gdy byłem z tatą w Gruzji na wycieczce rowerowej. Jechaliśmy w pobliżu granicy z Armenią, już dosyć zmęczeni i trafiliśmy na wzgórze, na które bardzo chciałem wjechać, ale tata wolał złapać stopa i odpuścić widoczny jak na dłoni, wielokilometrowy podjazd. Koniec końców złapała nas i wwiozła na górę swoim pick-upem  para z Izraela. Niedługo potem, na płaskim szczycie wzgórza zauważyliśmy inną parę, która coś dłubała przy rowerach. Widać było, że oni by stopem nie podjechali. Przykurzeni, z wypłowiałymi sakwami, ubrani nie w modną lycrę, tylko jakieś pidżamopodobne łachy, wyglądali na takich, którzy byli w podróży od dawna. Okazało się oczywiście, że to Polacy: para nauczycieli, którzy w ciągu roku szkolnego uczą w szkole, zimą pracują jako instruktorzy narciarstwa, ale w każde wakacje, rok w rok wskakują na rower i przez dwa miesiące są w podróży. Dwa miesiące – wow! Mnie się wtedy wydawało, że trzytygodniowa wyprawa rowerowa to jest coś, że jestem taki kozak, a tutaj oni co roku, przez całe lato, zwiedzają świat na rowerze. Mają czas na zatrzymanie się pomiędzy kolejnymi punktami do odhaczenia. Coś mi się wtedy otworzyło w głowie. Ja też tak chciałem! I to mógł być pierwszy taki moment.

A kolejny, który ugruntował we mnie postanowienie o długiej podróży, miał miejsce w Wietnamie. Byliśmy wtedy na, wydawało mi się, że już bardzo długiej, bo miesięcznej, wycieczce, ale oczywiście, chcąc zobaczyć i przeżyć jak najwięcej, znów ganialiśmy z Elą z jednego miejsca w drugie. Wtedy mi to wystarczało, ale obiektywnie, za daleko nosa poza utartą ścieżkę nie wyściubiliśmy – próbowaliśmy, ale infrastruktura stworzona dla masowego turysty bardzo to utrudnia. Przez Wietnam można przejechać na dwa sposoby – drogą szybkiego ruchu wzdłuż wybrzeża, albo drugą, malowniczą trasą  wiodącą przez góry w centralnej części kraju. My nie mieliśmy wyboru, bo autobusy jeździły tylko nadbrzeżną autostradą. Pamiętam ten moment, jak już dojechaliśmy na południe: wysiedliśmy wytelepani z autokaru, z przemoczonymi od całonocnej ulewy plecakami i wtedy zobaczyliśmy tego faceta na czarnym motorowerze. Zjeżdżał w pędzie z gór, w naszych oczach przeżywając niedostępny nam fragment Wietnamu “od środka”. Jak ja mu wtedy zazdrościłem! Wydawało mi się to szczytem wolności i frajdy. Potem, jak wróciłem do Wietnamu na rowerze, okazało się, że to tak naprawdę rodzaj atrakcji turystycznej, wokół której wytworzył się cały przemysł: na północy Wietnamczycy masowo remontują i malują na czarno motocykle, obowiązkowo Hondy, bo to taki kultowy model. Za kilkaset dolarów można sobie nabyć taką Hondę, przejechać na niej przez górzyste serce kraju, a potem sprzedać ją na dole. Parę lat wcześniej oddałbym wiele za taką podróż. Teraz kręci mnie to już trochę mniej – dlatego, że tę kiedyś niedostępną trasę przeżyłem jeszcze bardziej, pokonując ją o własnych siłach, na co kiedyś na pewno nie byłem gotowy. Ale to właśnie tak jest – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W każdym razie, zastanawiałem się po Twoim telefonie nad tym, co mnie właściwie skłoniło do tego wyjazdu i gdybym miał określić, kiedy podjąłem decyzję o tym, że chcę podróżować dłużej, niż pozwala na to standardowy urlop – to była ta coraz bardziej nieznośna myśl, że tyle świata pozostanie poza moim zasięgiem, dopóki nie wskoczę w niego na całość. I to coraz bardziej wciągające patrzenie na mapy, z powracającym pytaniem – kiedy będę mieć czas, by samemu pozaglądać w te wszystkie zakamarki świata, do których nie można, ot tak, polecieć samolotem?

– To już wiem skąd pomysł. A jak było z realizacją – czy trudno było te plany przekuć w rzeczywistość? Ile trwał ten proces – od pierwszego nieśmiałego marzenia do momentu, kiedy spakowałeś się i wyruszyłeś w podróż?

Marzenie o podróży nosiłem w sobie dosyć długo, ale tak jak Ci mówiłem, nie wyjechałem na studiach, a potem oczywiście już było dużo trudniej, bo wpadłem w rytm pracy. Tak minęło kilka lat. Natomiast przekroczenie tego magicznego Rubikonu w głowie, postanowienie „jadę!” – to był moment. Pamiętam, to było jakoś zimą, kiedy pomyślałem, że nigdy nie będzie lepszego czy idealnego czasu. I gdy taka myśl już się zalęgnie, to nie ma od niej odwrotu. Wystarczyło kilka nocy nieprzespanych od nawału myśli, szkicowania na gorąco trasy i mgliste marzenie nabrało realnych kształtów. Po krótkiej analizie planowanej trasy pod kątem klimatu wiedziałem, że jeśli nie wyruszę za dwa miesiące, w tamtym sezonie nie zdążę już za wiele przejechać, nim zaczną się srogie na tej szerokości geograficznej mrozy. Było to zdecydowanie za mało czasu, żeby się dobrze przygotować, więc jedyne, co mi pozostało, to wyruszyć za rok, z końcem zimy, w pierwsze optymalne okno pogodowe.