Przez Pacyfik jachtostopem – 2 część wywiadu z Marcinem Rydlińskim

Zapraszam na drugą część wywiadu z Marcinem, który wraz ze swoją dziewczyną Agą pokonał Pacyfik jachtostopem. Pierwsza część do przeczytania tutaj.

Ten artykuł jest częścią mikroserii wywiadów podróżniczych wygrzebanej z internetowych wykopalisk. Tutaj przeczytasz genezę cyklu i znajdziesz pozostałe rozmowy.

Na Tonga Was wysadził poprzedni jachtostop?

Nie, poprzedni nas wysadził – a w zasadzie sami zeszliśmy – na Wyspach Cooka i to był błąd. Tzn. błędem było w ogóle, że ten jacht tam wpłynął, bo okazało się, że marina jest w przebudowie i żadne jachty tam nie zawijają, oprócz tych kilku, które o tym nie wiedziały. Tam czekaliśmy miesiąc. Ja podczas drogi na Wyspy Cooka uszkodziłem sobie kolano w czasie sztormu, więc na lądzie zrobiliśmy sobie odpoczynek. Niestety przez miesiąc nie znaleźliśmy żadnego jachtu i w końcu skończyła nam się wiza turystyczna.

Mieliśmy wtedy dwie opcje: albo lecimy do Nowej Zelandii jak w początkowym planie – z tą różnicą, że zamiast dopłynąć, przylatujemy – i wynajmujemy campervana. Problem polegał na tym, że my mieliśmy tam być latem, a w tym momencie była zima, więc trochę za zimno na campera. A druga opcja to był lot na Tonga, czyli następny przystanek na Pacyfiku. Przez chwilę się zastanawialiśmy, bo fundusze topniały, ale pomyśleliśmy, że być może już nigdy nie będzie okazji żeby się tu znaleźć więc polecieliśmy. Tam też nie było różowo z jachtami, znalazł się tylko jeden – Manu ze swoją pływającą rodziną.

Ale doświadczenie ciekawe.

Oczywiście. W ogóle wszystko co się działo dookoła było ciekawe bo niecodzienne i takie inne od tego co znamy. Co więcej, emocji było tak dużo, że w końcu człowiek przestał to absorbować.

Wracając do jachtów, popłynęliśmy z Manu chociaż początkowo nie mogliśmy się dogadać co do trasy. My chcieliśmy płynąć na Fidżi, oni do Nowej Kaledonii, która nie była nam po drodze, bo bardzo malały nasze szanse, żeby znaleźć później łódkę do Nowej Zelandii – ale nie mieliśmy alternatywy, więc się zgodziliśmy. Poszli z nami na taki kompromis, że zahaczyli o Fidżi, którą my chcieliśmy zwiedzić, a potem popłynęliśmy razem do Nowej Kaledonii. Poznaliśmy tam bardzo fajnych Europejczyków w naszym wieku, którzy byli tam na kontrakcie. Mieszkaliśmy u nich niecałe dwa tygodnie korzystając z Couchsurfingu.

Aga za sterami

W jakiej branży można wyjechać na kontrakt na Nową Kaledonię?

Gui jest pilotem w armii francuskiej. Co dwa lata ma możliwość pojechać na dwuletni kontrakt na jedną z kolonii francuskich. Jego dziewczyna Aline jest wolontariuszką – działaczką. Oni poznali nas ze swoim towarzystwem w Noumei. To byli ludzie, którzy wiedzieli, że są tam tylko na krótki kontrakt, np. przez 2 lata, więc czerpali z tego garściami, ile się tylko dało.

Jak masz ograniczony czas, to zmienia się podejście do życia. W Europie mając coś fajnego pod bokiem, myślisz, pojadę tam jak nie dzisiaj to jutro, jeszcze zdążę. A tam masz tylko 2 lata, żeby to wszystko zobaczyć, zrobić, więc nie odkładasz.

Z Noumei, zgodnie z przypuszczeniami, nie udało nam się znaleźć jachtu do Nowej Zelandii więc znowu musieliśmy zmienić plany i tym sposobem wylądowaliśmy w Australii.

Tym sposobem, chcąc nie chcąc, wylądowaliśmy w Australii
Tym sposobem, chcąc nie chcąc, wylądowaliśmy w Australii

Nie żałujecie, że jednak się Wam nie udało dotrzeć do Nowej Zelandii? Wielu ludzi o tym marzy, w tym ja. Australia też jest super, ale jednak Władcy Pierścieni tam nie kręcili.

Nie, nie mieliśmy takiego parcia żeby koniecznie tam być. My mieliśmy w ogóle ochotę bardziej na wodę i na żeglowanie samo w sobie niż na ląd. Udało nam się spełnić nasze założenia całkowicie, a nawet więcej, bo na przykład Nowej Kaledonii nie planowaliśmy, a też było super. No i Australia dostarczyła wrażeń.

Zabraliśmy się tam niepozornie wyglądającym jachtem, który okazał się jednak bardzo zadbany, wyposażony we wszystko co trzeba, a co najważniejsze, wszystko na tym jachcie działało! Kapitan tez był niepozorny i przez kilka pierwszych dni wydawał się mrukiem. Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy poza dogadywaniem się, co do wacht i krótkiej wymiany zdań przy posiłkach. To milczenie nie było jednak wcale krępujące i całkiem milo nam się płynęło.

My byliśmy przygotowani na Nową Zelandię i nie mieliśmy w ogóle pomysłu na Australię, więc Greg (nasz kapitan) zaproponował nam, żebyśmy się u niego zatrzymali w Brisbane na parę dni i zaplanowali sobie dalszy pobyt. Facet jak tylko wszedł do domu, to zrobił się innym człowiekiem – wygadany, towarzyski i cały czas na wysokich obrotach. Spędziliśmy z nim i jego sympatyczna żoną parę dni, zaplanowaliśmy co będziemy robić dalej, potem wynajęliśmy campervana i pojechaliśmy przed siebie.

Kamperem przez Australię
Wynajęliśmy campera i pojechaliśmy przed siebie

W interior?

Nie, objechaliśmy kawałek wybrzeża, zrobiliśmy ponad 2,000 mil i wróciliśmy na Święta do domu. Próbowaliśmy jeszcze znaleźć pracę – bo wyjeżdżając zakładaliśmy, że może gdzieś zostaniemy. Nie mieliśmy ciśnienia, żeby wracać do Anglii. Niestety, po drodze na tych wyspach dorywczej pracy nam się nie udało znaleźć, ja trochę pomagałem ludziom naprawiać komputery, ale raczej w ramach pomocy sąsiedzko-żeglarskiej niż zarobkowo.

W Australii było parę ciekawych ofert ale problemem było to, że mieliśmy już skończoną 30-tkę, więc musielibyśmy kupić pełną wizę za duże pieniądze na co nas nie było wtedy stać, tym bardziej, że nie wiedzieliśmy, czy chcemy tam być dłużej niż rok czy 2 lata. Żadna z tych firm, które się zainteresowały moim CV, nie zgłosiła chęci zasponsorowania wizy.

Tym sposobem przylecieliśmy na Święta do domu – wyluzowani, zblazowani i zupełnie spłukani. A po Świętach wróciliśmy do Anglii – Aga do pracy, a ja miałem parę miesięcy, żeby sobie tę pracę znaleźć.

Droga wzdłuż australijskiego wybrzeża