Byłam ostatnio o włos dokonania mordu na własnym mężu.
Co takiego dziad zrobił?
Czy zapomniał o rocznicy?
Nie, w pamiętaniu o rocznicach sama jestem mało nachalna, więc jeśli nawet jakaś była, to nie zauważyłam.
Czy nie docenił mojej nowej kurtki w fale oceanu?
No, trochę nie docenił, ale ja też przez większość życia miałam na swoje stroje dosyć wywalone, a w kwestii zmiany, której właśnie dokonałam, jeszcze przysługuje mu vacatio legis. Więc też nie to.
Cóż takiego zatem uczynił?
Otóż on, ten człowiek, z którym mieszkam, zamknął mi okno przeglądarki! Z milionem bezcennych kart.
Tak, wiem, historia, przywróć poprzednią sesję, te sprawy. Tylko że ja tych okien, z których w każdym po pińćset kart, mam naotwieranych kilkanaście, więc historia sięga prekambru. A “przywróć sesję” przywróciło jakieś randomowe historie. Tamtych zamkniętych nie odzyskałam. Przepadły na wieki.
No więc on zamyka, ja się rzucam do historii, nie odzyskuję. Czuję, jak mi się ciśnienie podnosi, ale hej, lata ewolucji nie poszły na marne, więc korzystam z kory przedczołowej. Myślę sobie, uduszę dziada, pójdę siedzieć za czlowieka. Pooddychałam trochę do tego miejsca i powiedziałam opanowanym głosem “nic się nie stało”.
A wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze?
Że naprawdę nic sie nie stało!
Nie mam kuźwa pojęcia, co tam było i w ogóle mi tego nie brakuje.
Na fali tego nowego i dziwnego doświadczenia, poczyniłam eksperyment. Dokonałam bankructwa przeglądarki na komórce. Gdy klikałam “zamknij wszystkie karty” w DuckDuck go – a było ich dobrze ponad 1800 – waliło mi serce, pot rosił czoło, no czułam się, jakbym topiła ślepe bezbronne kocięta.
Poszło. I znów nic. Niczego mi nie brakuje.
No i jak z tym teraz żyć?
Jeśli chodzi o bon moty, stosuję podobną strategię, jak przy badaniach dotyczących wpływu kawy na zdrowie – wybieram te, które pasują mi do linii ideologicznej.
Dlatego tak bardzo lubię ten:
Jeśli bałagan na biurku jest synonim bałaganu w głowie, to czego symbolem jest puste biurko?
Wiem, nie dziekujcie.
Mój mózg to przeglądarka o 160 otwartych kartach, w jednej czy dwóch leci muzyka, ale nie mam pojęcia, które to.
Mój tok myślenia to ogród o rozwidlających się ścieżkach.
Trzecia metafora, która przychodzi mi do głowy, to słowa “Bordello. bum bum!” (czy właśnie spędziłam kwadrans, bezskutecznie próbując dociec, czy padły w “CK Dezerterach” czy w „Jak rozpętałem II wojnę światową”? Być może)
Wygląda na to, że zawsze znajdę sobie jakieś inspiracje. Nie z tego artykułu, to z tamtego filmu. Nie z tej książki, to z tamtego napisu na murze. Z Pratchetta. Z Łony. Z powietrza. No i z tych otwartych okien, które dalej zostawiam.
PS Co innego, gdyby mąż mi skasował plik “Zajebiste pomysły”, w którym zapisuję własne odkrycia, liczne głupoty i rzadkie przebłyski geniuszu. Wtedy ta historia miałaby inny zdecydowanie finał. Taki, w którym wysyłacie mi paczki na Olszynkę Grochowską.