Jedną z największych zalet pracy pozwalającej na samodzielne ustalanie harmonogramu jest dla mnie możliwość omijania porannych godzin szczytu. I jako z rzadka niedzielny kierowca nie myślę tu o ruchu samochodowym, tylko o strumieniach ludzkich, które między siódmą a dziewiątą przetaczają się przez uliczki Ursynowa: bliscy wylewu rodzice wkurwiający się na dzieci drepcące beztrosko i zatrzymujące się przy każdym listku i kwiatku w drodze do przedszkola; wgapiona w komórki młodzież w wieku szkolnym uginającą się pod gigantycznymi garbami tornistrów na plecach; psiarze próbujący prośbą, groźbą i przekupstwem przyspieszyć defekację swoich pupili, żeby zdążyć na pierwszego calla. Po dziewiątej strumienie wysychają, a ja wynurzam się na spacer z Tajgą, rozkoszując się tym, co w stołecznym mieście można uznać za martwą ciszę: puste chodniki, biały szum zgłuszonego ryku silników i klaksonów, zapach spalin.
Wczoraj postanowiłam sobie zrobić podwójną przyjemność: zaparzyłam w kubek termiczny herbatę, nabyłam żabkową świńską kanapkę (kolejny raz obiecując sobie solennie po pierwszym obrzydliwym gryzie, że to ostatni raz) i udałam się nad syfny stawek, żeby tam w pięknych okolicznościach budzącej się do życia wiosny spożyć śniadanie.
Gdy tylko otworzyłam foliowe opakowanie, otoczyło mnie stado złożone z mojego własnego psa i kilkunastu gawronów. Patrzyły wyczekująco, a nadzieja gasła w ich oczach, gdy pochłaniałam ostatnie kęsy rozmoczonych trójkątów gumiastego chleba z pastą jajeczną. Skończyłam. Rozczarowana Tajga uwaliła się przy ławce, a ptasiory wróciły do leniwego skubania kartonów po soku i papierów uprzednio wywleczonych z pobliskiego kosza na śmieci. Poza jednym, który grzebał coś w trawie w okolicy zadka mojego psa. Siorbiąc gorącą herbatę, podglądałam kątem oka, co kombinuje. Już wiedziałam, co się święci.
Był niewielki, chyba młody, a już brakowało mu jednego pazura. Grzebał dziobem w błocku, coś tam ściemniał, że niby żeruje, przy czym nieustannie zbliżał się w serii krótkich podskoków do Tajgi, łypiąc przy tym bokiem, czy nie patrzy. Gdy tylko odwracała głowę, błyskawicznie odskakiwał. Gdy wstawała, odlatywał, ale po chwili wracał znowu. To był na bank ten sam. Poznałam po brakującym pazurze.
Po jakichś dwudziestu minutach w końcu osiągnął swój cel: zbliżył się do Tajgi na odległość kroku, podskoczył i triumfalnie dziobnął ją w ogon.
Jest ryzyko, jest przyjemność. Najwyraźniej nie tylko człowiek potrzebuje w życiu małych radości.
Swoją drogą, ciekawe, jak stracił ten pazur.