Ten artykuł jest częścią mikroserii wywiadów podróżniczych wygrzebanej z internetowych wykopalisk. Tutaj przeczytasz genezę cyklu i znajdziesz pozostałe rozmowy.
Parę lat temu moja znajoma architektka, Marta, wygrała wraz z grupą projektantów konkurs na projekt szkoły w Jacmel na Haiti, organizowany przez polską fundację. Będąc w Jacmel w ramach nadzoru autorskiego, poznała Karolinę, Polkę która na miejscu koordynowała prace budowlane.
Kiedy ruszyłam z moją serią wywiadów, Marta orzekła, że koniecznie muszę z nią porozmawiać. Moje argumenty, że Karolina nie do końca spełnia moje założenia, bo nie zrobiła sobie przerwy na podróż, tylko podróżuje niejako zawodowo, zupełnie jej nie przekonywały. Pogadaj z nią, sama zobaczysz – naciskała. Stwierdziłam, co mi szkodzi.
Okazja do spotkania trafiła się, kiedy Karolina wróciła z kolejnego kontraktu, tym razem w Nepalu. Do następnego wyjazdu miała kilka miesięcy, ale nie oznacza to, że siedziała w miejscu. Zdążyła się wybrać na rajd konny do Gruzji, współorganizowała festiwal górski w Lądku Zdrój i odbyła szkolenie w Szwajcarii. Udało mi się ją złapać w ostatniej chwili przed wylotem na roczny kontrakt do Libanu. Umówiłyśmy się w krakowskiej kawiarni Cytaty Cafe.
Jesteś z wykształcenia architektem. Zostawiłaś pracę we francuskim biurze i wyjechałaś odbudowywać zniszczone trzęsieniem ziemi Haiti. Miała to być jednorazowa przygoda, ale za biurko nie wróciłaś. Jak wygląda teraz twoje życie zawodowe?
Na Haiti pracowałam najpierw dla francuskiej fundacji, a potem przeszłam do drugiej, polskiej. Później już się potoczyło. Następny kontrakt to był Nepal. Teraz wyjeżdżam do Libanu. Żyję od kontraktu do kontraktu.
Jest trudno?
Nigdy nie żałowałam tej decyzji, ale czasem brak długofalowego planu zaczyna mi ciążyć. Nigdy nie wiem, co będę robiła po zakończeniu kontraktu. Owszem, teraz jest łatwiej, bo to praca znajduje mnie, ale po każdym powrocie pojawia się zmęczenie i myśl, żeby może znaleźć coś na miejscu, ustatkować się, zatrzymać.
Nie sprawiasz wrażenia osoby, która lubi się zatrzymywać. W tym krótkim czasie, kiedy próbowałyśmy się umówić, zdążyłaś być w Gruzji, Szwajcarii i pracować przy organizacji festiwalu. Ciągle jesteś w ruchu, nawet na wakacjach.
To prawda. Nawet kiedy pod wpływem “pokontraktowego” zmęczenia i namów znajomych postanawiam, że osiądę na miejscu, to mniej więcej po miesiącu wakacji i rozglądania się, co bym mogła w tym Krakowie robić – bo jak Polska to Kraków – zaczyna mnie znów nosić.

Nie widzisz dla siebie pracy w Polsce?
Przede wszystkim nie widzę się przed komputerem od rana do wieczora, przez pięć dni w tygodniu, więc powrót do projektowania nie wchodzi w grę. Oddaliłam się od swojej ścieżki zawodowej, czego trochę żałuję, ale z drugiej strony praca na budowie to nowe ciekawe wyzwania. Teraz do Libanu jadę jako project manager, będę zarządzać bezpośrednio 15 osobami, a w sumie cała nasza organizacja liczy tam prawie stu Libańczyków. Ponownie nie będzie to stricte projektowanie, ale nowe doświadczenie w pracy z uchodźcami. Lubię pracować w terenie, obserwować, jak projekt zamienia się w budynek.
Pierwszy raz przeogranizowałaś swoje życie wyjeżdżając na Erasmusa do Francji i zostając tam po studiach. Zbudowałaś życie od nowa, a potem zostawiłaś to wszystko, żeby wyjechać na Haiti. Nie możesz usiedzieć w miejscu?
Niektórzy znajomi mnie pytają, kiedy przestanę tak gonić, uciekać. Odpowiadam cytatem, który dobrze oddaje to, co czuję: Nie wyjeżdżam , żeby uciec przed życiem, wyjeżdżam, żeby życie mi nie uciekło. Wiesz, ja wyszłam z tradycyjnego schematu, według którego powinnam się szybko ustatkować, założyć rodzinę. Zresztą wszystko na to wskazywało – byłam w związku od podstawówki, na studiach się zaręczyłam, planowaliśmy ślub…
Co w takim razie sprawiło, że sprawy potoczyły się inaczej?
Wyjazd do Francji otworzył mi oczy. Zobaczyłam, że nie trzeba się dać w ten schemat tak szybko ładować, że jest inna droga. Poza tym rozminęliśmy się, czy raczej dorośliśmy w innym kierunku – znaliśmy się praktycznie od dziecka. Kiedy wyjechałam, mój chłopak został w Polsce i chciał, żebym jak najszybciej wracała, nie podobało mu się, że przedłużam pobyt o kolejny rok. Dążył do tego, żeby jak najszybciej założyć rodzinę i się ustatkować. Zrozumiałam, że za bardzo się różnimy, ja jestem głodna świata, on jest domatorem.
Tak, trudno być z kimś, kto ma tak skrajnie inny pomysł na życie. Zawsze jedna osoba się będzie męczyła. Ale zatrzymajmy się na chwilę przy Erasmusie. To był tak naprawdę pierwszy krok do zmiany, która u Ciebie odbywała się wieloetapowo. Co sprawiło, że postanowiłaś zostać we Francji?
Na Erasmusa trafiłam do Grenoble, a że uwielbiam góry i wszelkie aktywności, czułam się tam wspaniale. Miałam dostęp do wszystkiego, co lubię: wspinaczka, alpinizm, jazda konna, siatkówka…
Kiedy Ty na to wszystko znajdowałaś czas?
Tak, wielu znajomych mnie pyta, kiedy ja to wszystko zrobiłam – „Zaczęłaś jeszcze przed urodzeniam?” [śmiech]. Faktycznie, lubię chyba każdą aktywność, wszędzie gdzie jestem, staram się korzystać z czego się da. Na Haiti surfowałam i tańczyłam.
Ale wracając do Grenoble, było mi tam bardzo dobrze. Poziom studiów o niebo lepszy niż w Polsce, prowadzący autentycznie interesowali się Twoimi projektami, przesyłali maile z inspiracjami, ciekawe artykuły. Dorabiałam sobie jako instruktor narciarstwa. Potem dostałam pracę w biurze architektonicznym. Miałam czterotysięczniki do zdobywania, klub siatkarski, współdzierżawiłam konia. Czego więcej chcieć?
Faktycznie brzmi jak życie idealne. A znajomi? Nie tęskniłaś za przyjaciółmi, za polskim językiem?
Miałam bardzo dużo bliskich przyjaciół, w tym Polaków. Zresztą mieszkałam z Polką. Miałyśmy świetną relację, jak w rodzinie. Wspierałyśmy się w te lepsze i gorsze dni. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Mieliśmy niesamowitą “polską rodzinkę” w Grenoble, osoby na które do tej pory wiem, że mogę liczyć!
Czyli typowe problemy emigracyjne Cię nie dotyczyły. To w takim razie dlaczego zdecydowałaś się porzucić tę sielankę i wyjechać na Haiti?
Wiele osób mnie o to pytało. „Przecież tam miałaś wszystko” – mówili.
To chyba bardzo niebezpiecznie uznać, że się ma wszystko – wtedy można się już tylko zwijać, nie rozwijać.
Tak, to prawda. Ale głównym problemem była praca. Mimo wszystko w Grenoble ciężko o stałą pracę dla architekta. Na miejscu miałam tylko krótkie kontrakty, alternatywą były dojazdy do Lyonu lub innego miasta w okolicy, co nie bardzo mi się uśmiechało. Przeprowadzać się do innego miasta i zaczynać od zera również nie chciałam. Chociaż tak mówię, to przeprowadziłam się na Haiti, jakby to nie było zupełnie wszystko nowe. Stwierdziłam jednak, że to co innego, tak innego, że nowe to za mało powiedziane. Jak skakać, to na głęboką wodę.
No właśnie, jak to się stało, że z Grenoble trafiłaś na Haiti?
Chciałam pojechać w góry Ameryki Południowej i według tego klucza szukałam pracy albo wolontariatu. Wpisywałam po francusku w wyszukiwarkę hasła typu „architekci bez granic”, analogicznie do lekarzy bez granic. Tak trafiłam na francuską organizację realizującą projekt w Boliwii. Niestety ten akurat się kończył, więc nie rekrutowali, ale zaczął się nabór na Haiti. Sprawdziłam na mapie, gdzie dokładnie leży to Haiti, pomyślałam, czemu nie i wysłałam CV. Pozostawało czekać, czy moja kandydatura ich zainteresuje.

To był projekt niosący pomoc po trzęsieniach ziemi w 2010 roku?
Tak. Wyjechałam w 2012. Z rekrutacją też nie było tak łatwo, nie obyło się bez przygód. Miałam zaplanowaną wyprawę na Mont Blanc, na której bardzo mi zależało. Zdobywałam już 4-tysięczniki, ale Blanc to takie spełnienie marzenia. Wszystko było już zorganizowane, dograny termin, w tym rezerwacja schroniska Gouter, która do najłatwiejszych nie należy oraz dogran